Ostatniej tradycji stało się zadość. Niemal każdy z technicznych sygnałów od końca stycznia okazywał się bardzo szybko bezużyteczny. Pogłębiane w lutym minima nie przynosiły wyprzedaży, zasięg spadku po podwójnym szczycie w marcu nie został zrealizowany, a wybicie z konsolidacji na początku kwietnia po jednej sesji zakończyło się trwającymi do końca miesiąca spadkami. Tak naprawdę najlepszą techniką w tym roku jest zajmowanie pozycji odwrotnej do występujących technicznych sygnałów i nie ma znaczenia, czy jest to wybicie z konsolidacji, luka czy przełamanie jakiejś linii trendu.

Nie inaczej było wczoraj, gdy kontrakty w końcu zdobyły się na nowe maksy. Indeks już od czwartku notował poziomy najwyższe od stycznia. Oba rynki zaczęły ładnymi lukami hossy, wciągnęły do gry wszystkich techników i... i to by było na tyle. Brak obrotu wymusił osuwanie z tego poziomu, a im dłużej to trwało, tym inwestorzy byli bardziej rozczarowani, wyrażając to dosyć silnym wysypaniem KGHM, PKN, BPH. Kontrakty dobił jeszcze na koniec powrót bazy do ujemnych wartości i skończyliśmy na minusach.

Sesja mogła rozczarować i można sobie zadać pytanie, kiedy mamy odważniej ruszyć do góry, jak nie w momencie gdy: na światowych giełdach euforia, kolejna sesja w USA zapowiada się świetnie, nasz rynek jest po piątkowym optymistycznym zamknięciu, a do referendum zostało kilka sesji. Lepszego "okresu bezkarności" długo już nie zobaczymy. Nie oznacza to jednak wcale, że trzeba emanować optymizmem. Rynek zdecydowanie słabszy (od Zachodu), nie zawsze oznacza spadkowy. Choć obecnie wstrzymałbym się z otwieraniem pozycji, to trzeba zdawać sobie sprawę, że przy panujących na świecie nastrojach wystarczy u nas iskierka, by wywołać domino popytu. Nawet po tak fatalnej sesji jak wczorajsza.