Ostatnie sesje są małym koszmarem. Zmienność w ciągu dnia już tradycyjnie nie przekracza 10 pkt, a do tego środek wahań wypadł wczoraj na poziomie otwarcia. W takich warunkach prognoza z sesji na sesję może być tylko nadzieją, a na pewno nie rzetelną oceną rozkładu sił na rynku. Za to w nieco dłuższym terminie wskazówkę dać może opublikowana wraz z Pengabem prognoza popytu na akcje. Kilka miesięcy temu pokazywałem to jako klasyczny antywskaźnik. Do tej pory wydaje się dość skuteczny. Na wyżej zamieszczonym wykresie zaznaczony jest okres przeprowadzenia ankiety (2-3 dni), a obok saldo prognozy. Między 7-10 czerwca wzrostu popytu na akcje oczekiwało 26% bankowców, przy 65% nie przewidujących zmiany i zaledwie 9%, którzy prognozują spadek.

Gdyby saldo prognoz przekroczyło w tym miesiącu poziom +20, to obiecałem w internetowych komentarzach, że odhaczyłbym już szczyt na poniedziałkowej sesji. Tym bardziej że jak widać na wykresie, okres przeprowadzania ankiety zbiega się z reguły w czasie z cyklicznym krótkoterminowym zwrotem na rynku, szczególnie gdy mamy do czynienia z dość skrajnymi wartościami. Trudno jednak mówić o skrajności przy poziomie +17, ale optymizm ten pokazuje, że równie trudno będzie kontraktom atakować grudniowe szczyty. Atak na te opory już na najbliższych sesjach byłby z góry skazany na porażkę. Na dzisiaj pozostaje inwestorom obserwacja wsparcia 1202 na indeksie (możliwy podwójny szczyt) i oporów na ostatnich szczytach, których dzisiejsze przełamanie świadczyłoby o rozprzestrzenianiu się byczej choroby wywołanej coraz niższymi stopami procentowymi (inflacja wczoraj poniżej prognoz). Jak napisał Barron's, parafrazując Churchilla: "Akcje są teraz najmniej atrakcyjną z inwestycji... poza wszystkimi innymi".