Trwające od trzech tygodni strajki we wschodnich Niemczech wywołują coraz większy niepokój w kołach gospodarczych. Utrudniają bowiem wysiłki, które mają zmniejszyć różnice między tym regionem a zachodnią, wyżej rozwiniętą, częścią kraju.
Około 9 tys. strajkujących robotników domaga się skrócenia czasu pracy z 38 godzin tygodniowo do 35 godzin obowiązujących w zachodnich Niemczech. Tymczasem przy niższej wydajności to właśnie dłuższy czas pracy jest magnesem przyciągającym inwestorów do wschodnich landów. Dlatego pracodawcy nie chcą się zgodzić na żądania IG Metal - drugiego co do wielkości niemieckiego związku zawodowego.
Zdaniem ekonomistów, akcja strajkowa poważnie osłabia wizerunek wschodnich Niemiec jako atrakcyjnego miejsca do podejmowania działalności gospodarczej. Nie brakuje też głosów, że zaprzepaszczone mogą być wielomiliardowe subsydia, które miały podnieść poziom życia w tym regionie za cenę spowolnienia wzrostu całej gospodarki niemieckiej.
Przerwy w pracy dotknęły czołowe firmy, takie jak Volkswagen, BMW, Siemens czy Bombardier, które mają fabryki we wschodniej części kraju, względnie zaopatrują się tam w niezbędne podzespoły. Efektem jest spadek produkcji, m.in. samochodów i sprzętu kolejowego, oraz opóźnienia w dostawach.
Niebezpieczeństwo podobnych kłopotów w przyszłości może skłonić firmy niemieckie i zagraniczne do rezygnacji z inwestycji we wschodnich Niemczech. Bardziej atrakcyjne mogą okazać się kraje przystępujące do UE, takie jak Czechy, Polska czy Słowacja, zwłaszcza że płace są tam znacznie niższe.