Ostatnie lata przyniosły wyjątkowo szybki rozwój rynku derywatów kredytowych, tj. szczególnego rodzaju finansowych instrumentów pochodnych, które stanowią zabezpieczenie roszczeń wierzycieli wobec dłużników. Najczęściej spotykane są tzw. credit default swaps, tj. kontrakty zawierane przeważnie przez banki z towarzystwami asekuracyjnymi, w których ubezpieczają się one przed niewypłacalnością kredytobiorców.
Światowy rynek derywatów kredytowych, prawie nie istniejący do 1997 r., osiągnął już wartość 2 bln USD, a w przyszłym roku może wzrosnąć - według Fitch Ratings Service - do 4,8 mld USD. Wszystkie instrumenty pochodne, oparte na akcjach, obligacjach, kredytach, surowcach, walutach i nieruchomościach, są warte około 100 bln USD.
Liczby te to tylko szacunki, gdyż derywaty kredytowe nie podlegają żadnej kontroli. Brakuje jakichkolwiek wymogów dotyczących sprawozdawczości czy zabezpieczeń finansowych, a osoby zajmujące się tego rodzaju operacjami nie muszą mieć licencji.
Tymczasem derywaty kredytowe to wyjątkowo skomplikowany, a zarazem najmniej zrozumiały instrument, toteż brak nadzoru i wyraźnych zasad funkcjonowania rynku stwarza olbrzymie ryzyko dla jego uczestników. Znany inwestor Warren Buffett stwierdził, że inwencję w tworzeniu nowych odmian derywatów ogranicza tylko wyobraźnia człowieka, a czasem wręcz szaleńca.
Zdaniem Alana Greenspana, szefa Fed, derywaty kredytowe są cennym instrumentem zmniejszającym ponoszone przez banki ryzyko, ale bardzo niebezpieczna jest - jego zdaniem - ich nadmierna koncentracja w rękach nielicznych instytucji finansowych. J.P. Morgan Chase, Citigroup i UBS Warburg kontrolują aż 45% całego rynku, a dalsze 7-proc. udziały należą do Bank of America oraz Deutsche Bank.