Rozwiązanie - i tak źle,
i tak niedobrze
To doprowadziło gospodarkę w ślepy zaułek. Na dłuższą metę nie da się tolerować wzrostu inflacji, choć na zadłużoną gospodarkę i przewartościowane rynki akcji ma ona pozytywny wpływ. W pewnym momencie pojawią się oczekiwania na podwyżkę stóp procentowych, wpływającą na ograniczenie inflacji. Równie dobrze może zaistnieć samo przekonanie, że cykl obniżek dobiegł końca, a dalsza ekspansja monetarna jest nieskuteczna. Spowodowałoby to wyprzedaż obligacji (z początkiem tej tendencji możemy mieć do czynienia obecnie), przekładający się na wzrost ich rentowności i podniesienie poziomu rynkowych stóp procentowych, na których opiera się wycena giełdowa. Wpłynęłoby to na dalsze obniżenie atrakcyjności amerykańskich akcji. Na giełdowych parkietach nastąpiłaby kolejna odsłona bessy, której rozpoczęta jesienią ub.r. zwyżka jest jedynie korektą. Niewykluczone że aby bronić rynek obligacji przed zniżką, Fed zdecydowałby się na podniesienie stóp, co tylko przyspieszyłoby bieg zdarzeń. Wtedy możliwy stałby się powrót do zależności obserwowanej w przeszłości - szczyt rentowności obligacji przypadłby z chwilą ukształtowania się dołka na rynku akcji. Stałoby się to ewidentnym zwiastunem zbliżającego się końca bessy.
Jednocześnie sprzyjałoby to spadkowi cen złota. W przypadku gdyby podwyżkę stóp wymusiła wysoka inflacja, nastąpiłby on po wcześniejszym silnym ruchu w górę.
W innym wariancie inwestorzy mogą dojść do przekonania, że obniżki stóp nie pomogły gospodarce. W takiej sytuacji inflacja zaczęłaby się obniżać, a bank centralny nie miałby już "amunicji", by temu przeciwdziałać. Złoto zaś nie lubi deflacji, więc jego ceny by spadały. Ten wariant byłby jednak korzystny dla obligacji, przed wyprzedażą których broniłoby zwiększenie się realnej stopy zwrotu. To oznaczałoby kontynuację "bubble trend" na akcjach i obligacjach. Przekroczenie przez rentowność 10-letnich obligacji poziomu 3,5% wskazuje na mniejsze prawdopodobieństwo wystąpienia tego scenariusza.
Niestety, trudno znaleźć w przeszłości przykłady, w jaki sposób dochodziło do zakończenia na rynkach akcji i obligacji "bubble trend". Pomocny nie jest casus japoński. Choć tam także występuje taka zależność, to nie pojawiły się sygnały, zapowiadające jej kres i koniec kryzysu.
Złoto - żółty obiekt pożądania
W czasach kiedy waluty miały pokrycie w rezerwach złota złożonych w skarbcach banków centralnych, wartość sztabki żółtego kruszcu była łatwo mierzalna. Dana waluta była wyrazem ustalonej ilości złota i była nań wymienialna. Stąd w okresach inflacji, kiedy pieniądz tracił na wartości, spadała również cena złota, gdyż malała jego siła nabywcza. Tak było na przykład w latach 30. w Ameryce pogrążonej w Wielkim Kryzysie, którego elementem była deflacja.
Przy obecnym systemie monetarnym ta zależność zmieniła się i złoto utrzymuje swoją siłę nabywczą przez cały czas. Dlatego pozostaje pożądanym obiektem lokowania kapitałów, szczególnie w okresach rosnących cen.
Siła złota wynika z wielu czynników. Ekonomiści tłumaczą ją w kategoriach użyteczności i niedoboru. Wartość danego dobra jest tym większa, im lepiej zaspokaja ono potrzeby nabywców i im bardziej jest niedostępne. Złoto ma bardzo różne zastosowanie. Służy do wytwarzania biżuterii, jest używane w dekoratorstwie, ale też stanowi materiał odporny na korozję i dlatego może być wykorzystywane w przemyśle. Do tego jest dobrym przewodnikiem cieplnym i elektrycznym. To wszechstronne zastosowanie zapewnia stały popyt na złoto. Jednocześnie istniejące zasoby złota są zdecydowanie większe niż bieżąca produkcja. To różni je od innych metali i ogranicza ryzyko nagłej zmiany jego wartości. Do tego jest rozpoznawalne na całym świecie, a swoją "renomę" jako dobrego sposobu przechowywania wartości zawdzięcza kilkusetletniej historii.
Japonia - akcje zmieniły trend
przed obligacjami
W bardzo podobny sposób, jak od kilku lat w USA, kształtuje się zależność pomiędzy rynkiem akcji i obligacji w Japonii. Od początku lat dziewięćdziesiątych indeks giełdowy Nikkei 225 spada jednocześnie z rentownością długoterminowych obligacji rządowych. To potwierdza występowanie "bubble trend" również w tym kraju. Z jednej strony, jest to wynikiem doprowadzonej do skrajności ekspansywnej polityki monetarnej, prowadzonej przez Bank of Japan. Stanowi to dobry przykład, że same obniżki stóp procentowych niewiele mogą pomóc gospodarce, jeśli nie towarzyszą temu działania uzdrawiające jej organizm. W Japonii jednym z najważniejszych problemów jest niedrożny system bankowy, który nie bez powodu nazywamy krwioobiegiem gospodarki. Nieskuteczna jest również polityka fiskalna. Wysokie wydatki rządowe, prowadzące do deficytów budżetowych, mają pobudzać popyt w gospodarce oraz zastępować wydatki konsumenckie i inwestycyjne.
Z drugiej strony, spadek rentowności wraz ze zniżką kursów akcji odzwierciedla przemieszczanie kapitału w bezpieczne instrumenty w sytuacji, gdy giełda nie daje nadziei na zyski. Inwestorzy w imię bezpieczeństwa akceptują nawet bardzo niską rentowność.
Niestety, japoński przykład nie daje odpowiedzi na kluczowe pytanie, jak dochodzi do załamania "bubble trend" i powrotu do "normalności".