Nikt się nie cieszy. Bykom sesja zabrał 12 pkt, a niedźwiedzie nie zdołały sprowadzić kontraktów poniżej przyspieszonej linii trendu. Jej przebicie oczywiście nie daje gwarancji głębszej korekty, ale jest niezbędnym warunkiem do jej prognozowania. Pozostał więc dylemat, bo z jednej strony trend dalej trwa, a z drugiej (paradoksalnie) im będzie on dłuższy, tym większe ryzyko jego załamania. Przy obecnym zawładnięciu rynkiem przez fundusze nawet nie próbuję prognozować na najbliższą sesje. Ceny niektórych akcji oderwały się od rzeczywistości i inwestorom pozostaje tylko analiza techniczna.

Odchodząc na chwilę od naszych kontraktów, warto zwrócić uwagę jak ciekawą powtórkę z japońskiej historii dane nam jest obecnie oglądać w Ameryce. S&P500, tak jak w czasie całej bessy, zachowuje się analogicznie do Nikkei, tworząc szczyty nawet nie tylko w analogicznym okresie (S&P 17 VI i 14 VII, Nikkei 26 VI 96 r.), ale też na analogicznych poziomach, określonych tym samym zasięgiem wybicia nad "nieprzekraczalne" opory (Nikkei okolice 21 tys., S&P 965 pkt). Warto też spojrzeć na waluty. Jen wobec dolara, od kwietniowego dołka 95 r. do szczytu na Nikkei osłabł 37,4%. Z kolei dolar do euro zapoczątkował osłabienie na początku 2002 r. i do szczytu stracił 37,9%. Warto też sobie przypomnieć podobieństwo, euforycznie przyjmowanego w kwietniu 1995 r. japońskiego pakietu stymulacyjnego, który na pierwszym miejscu stawiał osłabienie jena, a następnie wywołany tym wzrost gospodarczy. Przyjęcie pakietu stymulacyjnego Busha z rekordowym deficytem 450 mld dolarów ma chyba osiągnąć identyczne efekty. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że za takie porównania i tak pesymistyczne wizje wypowiadane po "wybiciu" Nikkei, analityków niemal palono na stosie.