W ramach Programów Systematycznego Oszczędzania (PSO) inwestorzy ulokowali w funduszach niespełna 590 mln zł - wynika z danych Stowarzyszenia Towarzystw Funduszy Inwestycyjnych (łączny majątek funduszy wyniósł na koniec czerwca przeszło 31,5 mld zł).
- Te dane mnie ucieszyły. Nie sądziłem, że to aż tyle - twierdzi tymczasem Marek Łukaszewski, prezes STFI. - Polacy nie mają nawyku odkładania pieniędzy. Nigdy tego nie robili, bo nie było to opłacalne. W tym świetle informacje o wartości środków zgromadzonych w PSO są optymistyczne - wyjaśnia.
Małe korzyści
- Ostanie półtora roku nie było zbyt udane dla PSO - mówi z kolei Antoni Leonik, prezes PKO/Credit Suisse TFI. Jego zdaniem, było to spowodowane dwoma głównymi czynnikami. Po pierwsze, wprowadzeniem podatku - bardziej opłacało się jednorazowo wpłacić pieniądze i uchronić je przed fiskusem, niż systematycznie oszczędzać bez ulgi podatkowej. Po drugie - był to czas funduszy obligacyjnych i pieniężnych, a one nie są przeznaczone do kilkunastoletnich inwestycji. Andrzej Dorosz, prezes Skarbca, zwraca uwagę na jeszcze jeden czynnik: Prowadzenie programów jest dla towarzystw dosyć kosztowne, a efektów nie było. Dlatego nie wszystkie TFI promowały taką formę oszczędzania - mówi. Uczestnikom PSO towarzystwa z reguły oferują ulgi w prowizjach (ponadto przyjmują mniejsze kwoty niż w przypadku pojedynczych wpłat).
Według Adriana Adamowicza, dyrektora sprzedaży i marketingu w Pioneerze, o zainteresowaniu PSO lepiej świadczą dane dotyczące liczby uczestników niż wartości zgromadzonych środków. - Programy te są przeznaczone dla osób, które nie dysponują dużymi pieniędzmi. Tacy klienci z reguły wpłacają małe kwoty. Dlatego ich udział w łącznych aktywach nie jest znaczący - mówi A. Adamowicz. Dodaje, że w Pioneerze, uczestnicy PSO stanowią prawie połowę łącznej liczby klientów.