Obawa Amerykanów przed podróżowaniem po 11 września i w trakcie kryzysu irackiego potężnie uderzyła w brytyjski sektor turystyczny. Od dwóch lat liczba amerykańskich turystów nieustannie spadała. W kwietniu br. ruch z USA był o 18% mniejszy w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Dane z ostatnich miesięcy wskazują, że najgorsze być może minęło. Według stowarzyszenia grupującego brytyjskie biura turystyczne (British Inbound Tour Operators Association), w czerwcu liczba rezerwacji z USA wzrosła o 3,3% w porównaniu z czerwcem ub.r. Podobnie rządowy sondaż monitorujący liczbę gości zza Atlantyku (International Passenger Survey) notuje pierwszy od ponad 2 lat wzrost zainteresowania amerykańskich urlopowiczów wakacjami na Wyspach.

Nadzieje na ożywienie sektora potwierdzają dane z poziomu rezerwacji American Airlines - przewoźnika odpowiedzialnego za ponad jedną trzecią transatlantyckiego ruchu osobowego. Tak jak czerwiec sytuował się poniżej przeciętnej, jeśli chodzi o liczbę pasażerów (80% sprzedanych miejsc), tak w lipcu liczba wróciła do normy szczytu sezonu - blisko 97%.

Również poziom rezerwacji w hotelach nosi znamiona rekonwalescencji sektora turystycznego. Deloitte&Touche - firma księgowa rejestrująca liczbę zajmowanych pokoi w Londynie i średni z nich dochód, doniosła o oznakach ożywienia. A było z czego się podnosić. W pierwszym półroczu 2003 r. wskaźnik zajętych pokoi spadł poniżej 70% - rekord od chwili rozpoczęcia monitoringu cen przez tę firmę w 1996 roku. "Podczas gdy w Londynie w trakcie konfliktu irackiego liczba zajętych pokoi spadła do rekordowych 58%, od tego czasu notujemy stały wzrost do 78% w czerwcu" - informuje Marvin Rust odpowiedzialny w Deloitte&Touche za monitoring konsumenckich zachowań turystów. Jego zdaniem nic nie wskazuje, by obecny trend miał ulec odwróceniu. Ku uciesze londyńskich hotelarzy i całego sektora, Amerykanie znów zaczynają podróżować - czyli wydawać.