Do handlowania na NYSE uprawnionych jest 1366 jej właścicieli. 70% z nich pozostaje w posiadaniu "miejsca", z którego sami nie korzystają, tylko za wysoką opłatą wynajmują innym traderom. Żadne z 27 stanowisk w radzie nadzorczej giełdy nie jest zarezerwowane dla owych "biernych" właścicieli NYSE. Niektórzy z nich chcą tę sytuację zmienić.
- Ludzie sądzą, że NYSE jest, tak jak pomnik Waszyngtona, własnością narodu. Tak nie jest. Należy ona do 1366 udziałowców - powiedział William Higgins, były makler z Nowego Jorku, który odnajmuje swoje giełdowe miejsce.
Jawne zarobki
Rok temu giełda wystąpiła do firm na niej notowanych, wartych w sumie 10 bln USD, z propozycją, by większość stanowisk w ich radach nadzorczych była obsadzana przez osoby spoza swojego kierownictwa. Ponadto zasugerowała, aby przekazywać plany wynagrodzeń akcjonariuszom do zaaprobowania. W czerwcu NYSE zobowiązała się do publikowani wynagrodzenia osób ze swoich władz i zakazała im łączenia stanowisk na giełdzie z posadami w spółkach na niej notowanych. W opinii Higginsa giełda powinna publikować pensje wszystkich 61 urzędników, którzy są wymieniani w corocznym raporcie. Były makler chce także, by jeszcze raz wrócić do podjętego już kiedyś tematu przekształcenia NYSE w spółkę nastawioną na zysk (obecnie jest to organizacja typu non-profit).
Higgins ma nadzieję na wywalczenie miejsca w nadzorze NYSE, po tym jak nie udało mu się to w 1999 r. Powodem są pieniądze, a konkretnie spadająca cena miejsc na giełdzie. W 2001 r. George Morris na swoim miejscu w NYSE zarabiał rocznie 310 tys. USD, teraz jest to 180 tys. USD. "Bierni" właściciele chcą mieć kontrolę nad poczynaniami prezesa giełdy Richarda Grasso.