Najlepszym przykładem zmian w postrzeganiu przez inwestorów przyszłej koniunktury na rynku akcji była wtorkowa sesja. W tym dniu opublikowano wskaźnik aktywności gospodarczej w sektorze usług, reprezentującym 85% całej gospodarki USA. Jego wartość była najwyższa od 6 lat, co nie uchroniło indeksów od pokaźnej przeceny. Jej powodem był mały popyt na przetargu 3-letnich obligacji. Zrodził on obawy o fiasko reszty oferty (papiery 5- i 10-letnie). Obligacje zostały sprzedane, ale z rentownością wyższą od rynkowej. Oznacza to oczekiwanie na dalszy wzrost dochodowości instrumentów dłużnych, który będzie niekorzystny dla amerykańskiej gospodarki. Stopa procentowa w przypadku kredytów hipotecznych już wzrosła do najwyższego poziomu od roku. Stanowi to kolejny problem, obok bezrobocia (w lipcu o 43% w porównaniu z czerwcem wzrosła liczba planowanych zwolnień w amerykańskich firmach), dla zadłużonych gospodarstw domowych.
S&P 500 zmienił trend
Wtorkowa zniżka w istotny sposób wpłynęła na krótkookresowy układ sił na amerykańskich parkietach. Coraz śmielej można mówić o zmianie tendencji na spadkową. Zarówno na S&P 500, jak i Nasdaq mamy sekwencję położonych coraz niżej dołków. To wyczerpuje definicję trendu zniżkowego. Jednak sprzedający nie postawili jeszcze kropki nad i. W przypadku "pięćsetki" jest nią poziom 966 pkt. Dopóki nie zostanie przełamany, istnieje możliwość pozytywnej interpretacji wykresu (choć z każdym dniem jest o to coraz trudniej). Optymiści z pewnością zauważą na nim kształtowaną drugi miesiąc formację flagi i uznają ją za zapowiedź kontynuacji rozpoczętej w marcu zwyżki. Rzeczywiście, wymowa tej figury jest korzystna dla posiadaczy akcji. Jednak takie podejście do wykresu S&P 500 ma dwie wady. Po pierwsze, na razie nie nastąpiło wybicie z formacji zgodnie z kierunkiem średnioterminowego trendu w górę. Po drugie, jeszcze kilka dni temu mogliśmy wskazać inną figurę o optymistycznym wydźwięku - chorągiewkę, której dolną granicę wyznaczała prosta biegnąca po dołkach z 30 czerwca i 21 lipca - lecz została ona zanegowana.
O tym, że pomimo przełamania przez S&P 500 zamknięcia z końca czerwca (975 pkt), sytuacja nie jest jeszcze ostatecznie rozstrzygnięta, informuje też dzienny MACD. Przypomnijmy, że jest to jeden z najpopularniejszych wskaźników, podążających za trendem. W ostatnich dniach dotarł on do poziomu równowagi. Wystarczy pobieżna obserwacja przeszłości, by zauważyć, że jego przekroczenie od góry stanowiło od chwili rozpoczęcia bessy bardzo istotny sygnał. Kilka razy trafnie przestrzegało przed rozpoczęciem trwałej fali zniżek. Przy tym ze 100-proc. skutecznością pozwalało przyjąć, że nie dojdzie do przebicia szczytu, ustanowionego przed spadkiem MACD w obszar wartości ujemnych. Jeśli więc w najbliższych dniach ten wskaźnik przełamie poziom 0, ograniczona do minimum będzie szansa na wyjście S&P 500 ponad czerwcową górkę.
Zamknięcie poniżej 966 pkt ostatecznie rozpocznie korektę wiosennej fali zwyżkowej i z dużym prawdopodobieństwem będzie oznaczać początek nowej fali bessy, która sprowadzi indeks poniżej ubiegłorocznego minimum. Tworzona przez 2 miesiące konsolidacja będzie paliwem dla zniżki przez długie tygodnie. W tym czasie inwestorzy kupowali akcje w nadziei na dobre dla gospodarki i giełdy drugie półrocze. Opuszczenie jej dołem wyrazi utratę tej nadziei i przekonanie, że nie warto dłużej trzymać akcji w portfelach.