Moim zdaniem, reformę emerytalną można uznać za sukces. Szczególnie gdy porównamy ją z innymi projektami (nie najgorzej ma się także reforma samorządowa, ale np. o zmianach w systemie zabezpieczenia zdrowotnego lepiej nie wspominać). Jest jednak jeden poważny problem. Wciąż za mało odkładamy w trzecim filarze. Od wielu miesięcy toczyła się więc dyskusja, co zrobić, aby ten stan rzeczy zmienić. Efektem jest rządowy projekt indywidualnych kont emerytalnych, przyjęty przez Radę Ministrów kilka dni temu.

Odpowiedzmy najpierw na pytanie, dlaczego zachęcanie do oszczędzania na emeryturę jest takie istotne? Musimy to rozpatrywać w dwóch aspektach. Pierwszy to aspekt osobisty, dotyczący każdego z nas. Trzeba sobie po prostu zapewnić godziwe życie wtedy, gdy nie będziemy już pracować. To prawda, że perspektywa wielu lat odkładania i powstrzymywania się od konsumpcji może nie być zachęcająca. Szczególnie kiedy ma się dwadzieścia kilka lat. Z drugiej strony czas biegnie nieubłaganie i każdy wcześniej czy później musi sobie z tego zdać sprawę. Problem w tym, że jeśli zdamy sobie sprawę zbyt późno, to nie zdążymy już za wiele zaoszczędzić. Wszelkie zachęty są tu zatem bardzo istotne.

I drugi aspekt, czyli makroekonomiczny. Zachęcanie do oszczędzania oznacza, że państwo stwarza podstawy wzrostu ogólnego poziomu oszczędności. A zgodnie z jednym z podstawowych równań makroekonomicznych poziom oszczędności determinuje w długim okresie poziom inwestycji. Istotne jest również to, że im więcej zaoszczędziliśmy na emeryturę, tym mniejsze będzie obciążenie budżetu z tytułu choćby pomocy społecznej. Czyli jeśli teraz państwo zachęci nas do tego, żebyśmy odkładali na później, to w efekcie mniej będzie musiało do nas dokładać, gdy już będziemy na emeryturze. Mówię tu rzecz jasna o przeciętnym, statystycznym Kowalskim. Wiadomo bowiem, że w praktyce nie wszyscy będą otrzymywać dodatkowe świadczenia po zakończeniu aktywności zawodowej.

Oczywiście, każdy kij ma dwa końce. Jeśli teraz ograniczymy konsumpcję, mniejszy będzie bodziec popytowy. Nie ma się jednak co oszukiwać. Z programu IKE nie skorzysta w 2004 czy też w 2005 roku zbyt wiele osób. Po prostu na razie polskie społeczeństwo jest za biedne. GUS informuje, że ponad połowa rodzin nie jest w stanie nic zaoszczędzić. Owszem, być może IKE założy nawet 4 mln osób (to górna prognoza rządu). Nie oznacza to jednak, że osoby te nie zainwestowałyby swoich pieniędzy, gdyby programu IKE nie było. Po prostu warto założyć takie konto nawet wówczas, gdy nie jesteśmy pewni, czy naprawdę chcemy czekać aż do emerytury. Jeśli zdecydujemy się wcześniej wydać zgromadzone środki, to nie ma problemu. Będziemy musieli jednak zapłacić podatek od dochodów kapitałowych. Nasze IKE będzie wtedy można traktować np. jak zwykły rachunek maklerski. Pytanie tylko, czy nawet owe 4 mln kont to dużo, biorąc pod uwagę liczbę wszystkich pracujących?

Jak więc ocenić program IKE? Na pewno jest to krok w dobrym kierunku. Nie ma jednak co liczyć na szybki wzrost oszczędności z tego tytułu. Po pierwsze dlatego, że większość Polaków nie ma z czego oszczędzać, po drugie dlatego, że dla wielu zwolnienie z podatku od dochodów kapitałowych nie będzie, na razie, wystarczającą zachętą. Szkoda, że nie udało się przeforsować pomysłu odliczenia wpłat emerytalnych od podstawy opodatkowania. To byłoby z pewnością silnym bodźcem do oszczędzania. Ale cóż, oznaczałoby to straty dla budżetu, a jaka jest jego sytuacja, każdy widzi. n