- Potencjał w handlu energią jest nieograniczony. To jest jak druga gorączka złota - powiedział Philip Flynn, wiceprezes Alaron Trading, która handluje surowcami na giełdzie w Chicago. - Zgodnie z prognozami popytu na najbliższe 20 lat, to, co widzieliśmy w zeszłym tygodniu w Nowym Jorku i w ubiegłym roku w Kalifornii, nie będzie odosobnionym przypadkiem, ale normą - dodaje.
Od czasu, kiedy w grudniu 2001 r. Enron złożył wniosek o bankructwo, 5 spośród 10 największych firm handlujących energią wycofało się z rynku i sprzedało w 120 transakcjach aktywa wyceniane na 21 mld USD. Dzięki temu domy maklerskie Morgan Stanley i Goldman Sachs mogły zaistnieć w branży. Goldman Sachs kupił za ponad miliard dolarów elektrownię w stanie New Jersey i kontrakt na dostawy prądu do Kalifornii, wart 405 mln USD. Morgan Stanley stał się właścicielem złóż ropy naftowej, a za 330 mln USD nabył firmę wydobywającą gaz.
Obydwie instytucje finansowe zaczęły handlować energią już w 1984 r. Stopniowo kupują zasoby, pozwalające ją produkować. Zabezpieczają się w ten sposób przed niespodziankami na rynku. Jest to strategia odmienna od zastosowanej przez Enrona, który zarabiał głównie na handlu.
Nie wszystkie firmy z Wall Street dobrze radziły sobie w energetycznym biznesie. Największy szwajcarski bank, UBS, odkupił od Enronu jednostkę handlu energią. Zwolnił jednak prawie wszystkich jej pracowników, ponieważ rynek nie odrodził się tak, jak zakładano. Największy dom maklerski w USA - Merrill Lynch - w styczniu 2001 r. sprzedał oddział handlu energią firmie Allegheny. Szef tego działu jest oskarżany o defraudację 43 mln USD.
Wartość kontraktów na ropę naftową, olej opałowy, gaz ziemny, propan i elektryczność, którymi obraca się na New York Mercantile Exchange (NYMEX), największej w świecie giełdzie energii, od początku br. do końca lipca wynosiła średnio 13 mld USD dziennie. W sumie dało to 1,9 bln USD.