Ostatnie tygodnie na Wall Street nie należą do najciekawszych. Główne indeksy praktycznie stoją w miejscu. Aktywność inwestorów jest niewielka, co znajduje odzwierciedlenie w obrotach. Patrząc na wykresy czy to Średniej Przemysłowej, czy też indeksu szerokiego rynku S&P500, trudno doszukać się elementów mogących sugerować zakończenie trwającego już trzy miesiące, trendu bocznego. Stąd też najlepiej jest teraz przebywać poza rynkiem i reagować dopiero w momencie wybicia.
Wybicie to powinno nastąpić dołem. Do takich wniosków skłania mnie nie tylko oczekiwanie na jesienną bessę, ale głównie obserwacja sytuacji na rynku złota i amerykańskich obligacji. Na obu tych rynkach pojawiły się bowiem sygnały zapowiadające powrót hossy. A to źle wróży rynkowi akcji.
Czwartek przyniósł nową porcję danych makroekonomicznych. Departament Handlu podał, że wzrost amerykańskiego PKB w II kwartale został skorygowany do 3,1%, z wcześniejszych 2,4%. Była to wartość powyżej oczekiwań inwestorów, które oscylowały wokół 2,9%.
Warto na chwilę zatrzymać się przy tych danych. Ten wzrost PKB, zwłaszcza w porównaniu np. z danymi z Niemiec, pokazuje przepaść dzielącą obie gospodarki. Trzeba jednak pamiętać, że w dużej mierze za wzrost odpowiadają zwiększone wydatki rządowe (wojna w Iraku). Czyli dane nie były tak optymistyczne, jakby na pierwszy rzut oka to wyglądało.
Gorsze wiadomości napłynęły w czwartek z rynku pracy. W ubiegłym tygodniu w USA liczba osób ubiegających się po raz pierwszy o zasiłek dla bezrobotnych wzrosła do 394 tys., z 386 tys. (prognozowano 390 tys.). To nieco rozczarowało rynki, zwłaszcza że do 391 tys. zweryfikowano poprzednie dane.