Hossa i bessa rządzą się swoimi prawami, które należą bardziej do sfery socjologii i psychologii, niż ekonomii. Pisząc o rynku, na którym królują tak wielkie emocje, trudno uniknąć sformułowań ocierających się o banał. Wszyscy wiedzą (podkreślano to wielokrotnie) że żaden trend nie trwa wiecznie, że ceny nie mogą rosnąć lub spadać w nieskończoność, że na rynku zdarzają się i są potrzebne korekty. Problem w tym, że w takich sytuacjach, jak panująca obecnie na GPW, określenie momentu lub poziomu przesilenia może się udać jedynie przez przypadek. Inna mądrość giełdowa mówi, żeby nie walczyć z trendem, który trwa, lapidarnie rzecz ujmując, dopóki się nie skończy, czyli dopóki nie ma sygnałów jego odwrócenia. Zatem hossa na warszawskim parkiecie trwa.
Wprawdzie najważniejsze dzienniki nie ogłosiły jeszcze tego wielkimi literami na pierwszych stronach, ale rozważania o tym, czy i kiedy Pekao będzie kosztować 170 zł, a WIG20 osiągnie 2000 punktów, już się pojawiły, a to zaczęło niebezpiecznie sygnalizować zbliżanie się momentu, w którym wszyscy zainteresowani, przynajmniej chwilowo, zaopatrzą się już w akcje. Zwykle był to nieomylny znak, że zbliża się jakieś przesilenie. Pewnym jego symptomem jest duża nerwowość inwestorów, co można było zaobserwować we wtorek, zwłaszcza na rynku kontraktów. Podobnie było wczoraj. Podaż, szczególnie aktywna na taniejącym PKN, sprowadziła indeks WIG20 poniżej poziomu 1700 pkt i w ten sposób korekta wieszczona przez analityków od jakichś dwóch tygodni stała się faktem. Mocna strefa wsparcia, która powinna powstrzymać deprecjację, to luka hossy sprzed paru dni (1637-1668 pkt), choć niewykluczone że, mimo nerwowości na rynku ceny nie spadną tak nisko. Wydaje się, że nadmuchiwanie spekulacyjnego balonu na warszawskiej giełdzie będzie trwać jeszcze jakiś czas. Dopiero gdy nad emocjami wezmą górę trzeźwe kalkulacje i rzeczowe oceny kondycji poszczególnych spółek, rzeczywistość wykreowana przez hossę zostanie zweryfikowana. Trzeba mieć nadzieję, że ta weryfikacja nie będzie zbyt brutalna.