To nie jest tak, że Europa nie jest w stanie funkcjonować bez Stanów Zjednoczonych. Nawet brak ożywienia w największej gospodarce świata nie musi oznaczać marazmu na Starym Kontynencie. Nie musi, ale w obecnej rzeczywistości w praktyce oznacza.
Czy nam się to podoba, czy też nie konsumpcja w USA ma wpływ na całą światową gospodarkę. Dwie trzecie amerykańskiego PKB to właśnie konsumpcja. O silnym powiązaniu Dalekiego Wschodu z największą gospodarką świata nie ma chyba sensu mówić. Wszyscy wiedzą, że cud gospodarczy np. Japonii nie byłby możliwy bez gigantycznego wręcz eksportu do USA. Oczywiście, żeby wygrywać na tym trudnym rynku trzeba mieć odpowiedni towar, ale to już zupełnie inna kwestia.
Z Europą było właściwie podobnie. Wprawdzie eksport do Ameryki nie stanowił tak znaczącej pozycji w PKB jak w przypadku Japonii, niemniej miał wyraźny wpływ na sytuację gospodarczą. Lata dziewięćdziesiąte, które były właściwie nieprzerwanym okresem wzrostu w USA napędziły więc koniunkturę w Europie. Ponieważ było dobrze, nikt nie myślał o np. liberalizacji gospodarek. No, prawie nikt, możemy bowiem wskazać choćby Irlandię, która dokonała dużych zmian i w efekcie jest dziś w absolutnej czołówce państw Unii Europejskiej, jeśli weźmiemy pod uwagę dochód na mieszkańca.
Okres nieprzerwanego wzrostu w USA dobiegł jednak końca. Najpierw doszło do korekty na giełdach (po raz kolejny inwestorzy przekonali się, że ceny nie mogą rosnąć w nieskończoność), potem był zamach terrorystyczny na WTC, afery księgowe i wreszcie wojny w Afganistanie i w Iraku. Amerykanie przestali konsumować, świat przestał się rozwijać.
I wtedy zaczęły się problemy także w Europie. Nagle okazało się, jak niewydolne systemy panują w największych gospodarkach regionu na czele z Niemcami i Francją. Dopóki można było zarabiać na eksporcie, wszystko się jakoś kręciło. Gdy zabrakło tej części dochodów, nastały trudne czasy. Wydatki związane z rozbudowaną często do granic absurdu sferą socjalną okazały się nie do sfinansowania. Zarówno Niemcy, jak i Francja przekroczyły próg 3% deficytu budżetowego zalecanego przez UE (we Francji skończy się zapewne na powyżej 4%). Rządy zostały zmuszone do działania. O socjaldemokratycznym liberalizmie w Niemczech pisałem już na tych łamach. W innych krajach jest podobnie.