Ton wygłoszonego w niedzielę wieczorem w telewizji orędzia do narodu był o wiele mniej optymistyczny niż przemówienie prezydenta USA z 1 maja, w którym ogłosił koniec wojny w Iraku. Bush prosił Amerykanów o cierpliwość, dając wyraźnie do zrozumienia, że obecność wojsk koalicji nad Tygrysem i Eufratem potrwa jeszcze przez dłuższy czas. Prezydent przedstawiał też Irak jako główny obecnie front walki z międzynarodowym terroryzmem i nie poruszył tematu broni chemicznej, której siły koalicji nie znalazły w Iraku.
Stany Zjednoczone płacą słoną cenę za kontrolę nad Irakiem i prowadzenie operacji antyterrorystycznych w Afganistanie. Obecnie USA utrzymują w Iraku kontyngent ok. 140 tysięcy żołnierzy (oprócz tego przebywa w tym kraju 24 tys. żołnierzy z innych krajów). Jednak według ekspertów, obecne siły stacjonujące w tym kraju są za małe do utrzymania skutecznej kontroli.
Prośba Busha o dodatkowe pieniądze spotkała się z krytycznym przyjęciem w Kongresie ze strony demokratów, a nawet niektórych republikanów. Demokratyczny senator Joseph Biden przyznał jednak, że Kongres nie ma innego wyjścia, jak tylko przyznać dodatkowe pieniądze, bo na polityczną porażkę w Iraku, jaką byłoby fiasko normalizacji w tym kraju, USA nie mogą sobie pozwolić. Howard Dean, jeden z demokratycznych kandydatów w przyszłorocznych wyborach do Białego Domu, stwierdził, że konflikt w Iraku odciąga zarówno uwagę, jak i środki finansowe od dwóch najważniejszych spraw - kwestii bezpieczeństwa wewnętrznego oraz poprawy sytuacji gospodarczej.
Prezydent unikał podania szczegółów, dotyczących czasu trwania misji w Iraku. Kolejne wydatki będą pogłębiać i tak już gigantyczny deficyt budżetowy. W rozpoczynającym się 1 października nowym roku finansowym może on przekroczyć nawet 500 mld USD. Będzie to absolutny rekord. Także w kończącym się właśnie roku budżetowym 2003 niedobór w kasie federalnej przekroczył 400 mld USD. Mimo fatalnego stanu budżetu Bush, aby ożywić gospodarkę, zdecydował się w tym roku na kolejną obniżkę podatków.