Sporą karierę zrobił w Polsce zwrot "kreatywna księgowość". Posługują się nim nawet posłowie w debacie budżetowej. To pokazuje, z jak dużą uwagą śledzimy wszystko, co się dzieje za Atlantykiem. I jak chętnie szukamy analogii z najlepszym i najbardziej rozwiniętym rynkiem na świecie, który - powiedzmy sobie szczerze - zwyczajnie nam imponuje. Ameryką wstrząsają coraz to nowe skandale finansowe. A to fundusze inwestycyjne i konflikty interesów, a to jeszcze coś innego. Nawet o Enronie już zapomniano. My mamy własne, skromniejsze i mniej wyrafinowane, choć nie mniej oburzające, przekręty. Jaki rynek, takie i afery.
Czerpiemy jednak pełnymi garściami z doświadczeń amerykańskich, głównie - ze względu na proporcje i stadium rozwoju - jeśli chodzi o opis rynkowych zjawisk. Choć i u nas pojawiły się pierwsze oficjalne oskarżenia spółek o kreatywną księgowość, a pojęcie manipulacji od lat znane jest doskonale. Czy można więc poczuć się jak w Ameryce?
Otóż, chyba nie bardzo. Gorzej idzie nam bowiem z naśladowaniem dobrych wzorców. Nie byłoby w świadomości inwestorów afer pogrążających Wall Street, gdyby nie wyciągano ich na światło dzienne. U nas, nawet jeśli się to i owo wyciągnie, niekoniecznie coś się z tym dzieje. Można kłamać przed sejmowymi komisjami, resetować urzędowe komputery, a i tak zachować stanowisko. Można okradać giełdowych graczy, a i tak bezkarnie rozwijać kolejne biznesy. Tam "wkręceni" inwestorzy dostają milionowe odszkodowania. U nas nawet dobrego słowa często nie mogą się doczekać. Tam skompromitowani ludzie tracą pozycję, u nas najwyżej zmieniają posady. Jest się więc czego od Amerykanów uczyć. Okazuje się, że nawet w kwestii zasad.
Ostatnio głośno w Ameryce o NYSE. Ta potężna giełda nie jest tak nobliwa, jak się to - przynajmniej z daleka - mogłoby wydawać. Wiadomo - gdzie wielkie pieniądze, tam i nie mniejsze pokusy. Warto zwrócić uwagę na wypowiedzi tymczasowego szefa NYSE Johna Reeda. Powiedział on bowiem niezwykle istotną rzecz: giełda powinna nie tylko spełniać, ale i przekraczać standardy obowiązujące notowane na niej spółki. Racjonalne jest rozszerzenie tej zasady na wszystkie instytucje rynku kapitałowego. Przykład idzie z góry, to normalne.
Jak u nas jest z tym w praktyce, przekonaliśmy się podczas walnego Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych, na którym dziennikarze nie mogli być obecni. Ale nie wracajmy do tego dosyć haniebnego przypadku. Są bowiem i inne przykłady. Kiedy sporządzaliśmy listę płac na rynku kapitałowym, udało nam się poinformować czytelników, ile zarabia przewodniczący Komisji Papierów Wartościowych oraz paru innych wysokich urzędników. Ale o zarobkach menedżerów GPW i KDPW nie mogliśmy wiele napisać. To się bowiem okazało tajemnicą. Nie chodzi o to, aby czytelników epatować wysokością pensji. Poza tym GPW czy Depozyt to spółki de facto państwowe, więc i gigantycznych płac się nikt nie spodziewa. Chodzi tylko o informację. O dostęp do niej. O standardy.