O ile wczoraj S&P 500 nie spadł na zamknięcie poniżej 932 pkt, to z szyderczym uśmiechem ogłaszam oficjalne rozpoczęcie amerykańskiego rynku byka. By zasłużyć na tak zaszczytną nazwę, przyjęło się, że indeks musi zyskać przynajmniej 20%, przy czym wzrost ten należy utrzymać przynajmniej przez rok od jego rozpoczęcia. Właśnie na wczorajszej sesji, nieco niezauważenie, minęła rocznica dołka (w cenach zamknięcia) bessy na S&P 500. Przez ten okres indeks wzrósł nieco ponad 33%. Dokładnie tyle, ile wynosi w tej chwili jego spadek od szczytu 2000 r.

To oczywiście bardziej ciekawostka, niż sygnał kupna, tym bardziej, że gdyby wczorajsza atmosfera na giełdach była nieco gorsza, to mógłbym napisać, że amerykański indeks nie zniósł jeszcze nawet 38,2% fali spadkowej, a jeśli dodać wspomniane już 33% spadku od szczytu, to nie można mówić przecież o końcu bessy, a ostatni wzrost należy uznawać za korekcyjny. Jak widać interpretacja zależy jedynie od okresu na jaki patrzymy.

Spierać można się także o to, czy WIG20, zatrzymując we wrześniu wzrost dokładnie na poziomie 50-proc. zniesienia bessy, dalej pozostaje w jej objęciach. Czy też wrześniowy spadek, zatrzymany na 38,2-proc. zniesieniu tegorocznego wzrostu (obecnie +50%), jest wzorcem hossy. To jednak będą bardziej dylematy dla historyków, a dla inwestorów liczy się zdecydowanie krótszy termin, najlepiej zapewne z sesji na sesję. Z tej perspektywy patrząc, do przełomu żadnego wczoraj nie doszło i październikowy wzrost jest dość gładko kontynuowany. Warto jednak przy tym zauważyć, że wyjście kontraktów i indeksu ponad 61,8-proc. zniesienie wrześniowej fali spadkowej przekreśla możliwość interpretacji tego ruchu jako jedynie korekty spadku, po której nastąpi jego pogłębienie. Należy prędzej oczekiwać testu szczytów.