Mamy wreszcie plan redukcji wydatków budżetowych, który tak mocno wcześniej reklamował wicepremier Jerzy Hausner. Cała oprawa medialna, związana z jego ogłoszeniem, wskazywała na to, że rząd Leszka Millera przywiązuje do tego planu najwyższą wagę. Jak powiedział bodajże Krzysztof Rybiński, główny ekonomista BPH PBK:, "plan redukcji albo śmierć". Jednak, gdy przyjrzeć się temu, co pan wicepremier zaproponował, zaczynam mieć wątpliwości, czy aby na pewno mamy jakikolwiek wybór. Można by powiedzieć - trawestując innego klasyka - że "śmierć" nam grozi "z Hausnerem, albo i mimo Hausnera".
Skąd taka opinia? Otóż w sferze tzw. administracyjnej przyjęto zasadę małych kroków - czyli zbierania ziarnka do ziarnka. Tu parę milionów, tam parędziesiąt, razem wychodzi parę miliardów. I można opowiadać przed kamerami, że oto mamy Plan przez duże "P". Problem z tym, że - jak pokazuje bajka o Grzesiu, co szedł przez wieś - takie ziarnka łatwo zgubić. Bo niech mi ktoś powie, kto będzie kontrolował owe 15-proc. ograniczenie przejazdów samochodami służbowymi? Czym innym byłoby zabranie samochodów służbowych wszystkim wiceministrom i ministrom oraz jednemu wicepremierowi. Chodzi mi o wicepremiera Marka Pola, który ma pewnie na tyle komfortową limuzynę, że nie tylko nie widzi ogólnego brudu i smrodu panującego w wielu pociągach PKP, ale nawet nie czuje, gdy samochód przejeżdża przez dziury na drodze. Z kolei wiceministrowie spraw wewnętrznych, gdyby zaczęli jeździć autobusami miejskimi w Warszawie, szybko zorientowaliby się, że wysoka wykrywalność sprawców morderstw jest ważna, ale równie ważne jest ograniczenie liczby drobnych kradzieży i rozbojów, dokonywanych właśnie w autobusach. Byłoby i taniej, i bezpieczniej.
Jakichś poważniejszych, głębszych zmian w planach ministra Hausnera nie widać. Bo zmiany w sferze socjalnej były zapowiadane od dawna, więc zmieniło się o tyle, że zamiast w pięciu czy sześciu dokumentach, znalazły się w jednym.
Jednak to, co mnie najbardziej przeraziło w planach redukcji wydatków, to fakt, że wicepremier Jerzy Hausner często, zbyt często, stawia na szczęśliwy traf. Po pierwsze - robi to w 2004 r., gdy liczy, że dług publiczny nie przekroczy poziomu 55% i wyniesie 54,5%. A prawda jest taka, że wystarczy tylko niższa od zaplanowanej inflacja, niższy wzrost PKB czy mniejsze wpływy z prywatyzacji albo nieco niższy od założonego kurs złotego - i przejdziemy przez poziom 55%. A wtedy z całą, tak mozolnie wypichconą strategią można będzie zrobić to samo, co z jej poprzedniczkami. Czyli uratować parę drzew, oddając ją na makulaturę. Bo w naszych warunkach owe 55% PKB w roku 2004 będzie oznaczało, że dług publiczny w 2006 roku musi być mniejszy. Czyli w roku 2006 zamiast 32,7 mld zł deficytu, trzeba będzie 10,9 mld zł nadwyżki budżetowej. To - bagatela - 43,6 mld zł różnicy, i to w ciągu jednego roku. Przypominam, że wicepremier Hausner chce zaoszczędzić 32 mld zł w ciągu trzech lat.
To, że wicepremier Hausner liczy na łut szczęścia, widać też w prognozach na rok 2006. Mamy bowiem trzymać kciuki, że w tym roku dług publiczny wyniesie 59,4%, a nie podskoczy powyżej 60%. Jeśli jednak szczęście nas zawiedzie, budżet na rok 2008 będzie musiał być co najmniej zrównoważony, podobnie jak te na lata kolejne. Z wielką przyjemnością pożegnałbym się z pojęciem deficytu budżetowego na zawsze, ale dlaczego aż takim kosztem. Bo zrównoważony z roku na rok budżet oznacza poważny kryzys gospodarczy.