Reklama

Wicepremier stawia na szczęśliwy traf

Publikacja: 10.10.2003 10:48

Mamy wreszcie plan redukcji wydatków budżetowych, który tak mocno wcześniej reklamował wicepremier Jerzy Hausner. Cała oprawa medialna, związana z jego ogłoszeniem, wskazywała na to, że rząd Leszka Millera przywiązuje do tego planu najwyższą wagę. Jak powiedział bodajże Krzysztof Rybiński, główny ekonomista BPH PBK:, "plan redukcji albo śmierć". Jednak, gdy przyjrzeć się temu, co pan wicepremier zaproponował, zaczynam mieć wątpliwości, czy aby na pewno mamy jakikolwiek wybór. Można by powiedzieć - trawestując innego klasyka - że "śmierć" nam grozi "z Hausnerem, albo i mimo Hausnera".

Skąd taka opinia? Otóż w sferze tzw. administracyjnej przyjęto zasadę małych kroków - czyli zbierania ziarnka do ziarnka. Tu parę milionów, tam parędziesiąt, razem wychodzi parę miliardów. I można opowiadać przed kamerami, że oto mamy Plan przez duże "P". Problem z tym, że - jak pokazuje bajka o Grzesiu, co szedł przez wieś - takie ziarnka łatwo zgubić. Bo niech mi ktoś powie, kto będzie kontrolował owe 15-proc. ograniczenie przejazdów samochodami służbowymi? Czym innym byłoby zabranie samochodów służbowych wszystkim wiceministrom i ministrom oraz jednemu wicepremierowi. Chodzi mi o wicepremiera Marka Pola, który ma pewnie na tyle komfortową limuzynę, że nie tylko nie widzi ogólnego brudu i smrodu panującego w wielu pociągach PKP, ale nawet nie czuje, gdy samochód przejeżdża przez dziury na drodze. Z kolei wiceministrowie spraw wewnętrznych, gdyby zaczęli jeździć autobusami miejskimi w Warszawie, szybko zorientowaliby się, że wysoka wykrywalność sprawców morderstw jest ważna, ale równie ważne jest ograniczenie liczby drobnych kradzieży i rozbojów, dokonywanych właśnie w autobusach. Byłoby i taniej, i bezpieczniej.

Jakichś poważniejszych, głębszych zmian w planach ministra Hausnera nie widać. Bo zmiany w sferze socjalnej były zapowiadane od dawna, więc zmieniło się o tyle, że zamiast w pięciu czy sześciu dokumentach, znalazły się w jednym.

Jednak to, co mnie najbardziej przeraziło w planach redukcji wydatków, to fakt, że wicepremier Jerzy Hausner często, zbyt często, stawia na szczęśliwy traf. Po pierwsze - robi to w 2004 r., gdy liczy, że dług publiczny nie przekroczy poziomu 55% i wyniesie 54,5%. A prawda jest taka, że wystarczy tylko niższa od zaplanowanej inflacja, niższy wzrost PKB czy mniejsze wpływy z prywatyzacji albo nieco niższy od założonego kurs złotego - i przejdziemy przez poziom 55%. A wtedy z całą, tak mozolnie wypichconą strategią można będzie zrobić to samo, co z jej poprzedniczkami. Czyli uratować parę drzew, oddając ją na makulaturę. Bo w naszych warunkach owe 55% PKB w roku 2004 będzie oznaczało, że dług publiczny w 2006 roku musi być mniejszy. Czyli w roku 2006 zamiast 32,7 mld zł deficytu, trzeba będzie 10,9 mld zł nadwyżki budżetowej. To - bagatela - 43,6 mld zł różnicy, i to w ciągu jednego roku. Przypominam, że wicepremier Hausner chce zaoszczędzić 32 mld zł w ciągu trzech lat.

To, że wicepremier Hausner liczy na łut szczęścia, widać też w prognozach na rok 2006. Mamy bowiem trzymać kciuki, że w tym roku dług publiczny wyniesie 59,4%, a nie podskoczy powyżej 60%. Jeśli jednak szczęście nas zawiedzie, budżet na rok 2008 będzie musiał być co najmniej zrównoważony, podobnie jak te na lata kolejne. Z wielką przyjemnością pożegnałbym się z pojęciem deficytu budżetowego na zawsze, ale dlaczego aż takim kosztem. Bo zrównoważony z roku na rok budżet oznacza poważny kryzys gospodarczy.

Reklama
Reklama

O drobnym błędzie, polegającym na wpisaniu w roku 2007 długu publicznego na poziomie 58,7%, tylko wspomnę. Jeśli bowiem wartość tego wskaźnika w roku 2005 wyniesie 58,6%, to po dwóch latach MUSI być niższa. Ale rozumiem - 1 mld zł w tę czy w tę nie robi różnicy.Tak naprawdę kluczowy dla powodzenia planu wicepremiera Hausnera będzie rok 2004. Jeśli nie uda się nie przekroczyć poziomu 55%, to cała reszta traci sens. Tutaj jednak w sporym stopniu może pomóc wyższa od zaplanowanej inflacja (ma ona wynieść 2%). W krótkim terminie - czyli w ciągu roku - wyższa inflacja oznaczać będzie bowiem spowolnienie tempa narastania długu publicznego. Do tego zaś konieczny jest wzrost popytu wewnętrznego, któremu mogą pomóc niskie stopy procentowe. Być może więc minister Hausner nie liczy na szczęście, ale na nową Radę Polityki Pieniężnej. Jednak wtedy nadzieje, że mimo wszystko nowi członkowie tego gremium będą się zachowywać rozsądnie, okażą się płonne.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama