Krótkoterminowe operacje na rynku finansowym są grą o sumie zerowej. Gdy jedni tracą, drudzy zyskują. Rynek i uczestnicy rynku rządzą się swoimi prawami (skodyfikowanymi) i zasadami (uznaniowymi), więc złamanie pierwszych powinno skutkować wyrokiem z mocy prawa, a drugich - ostracyzmem ze strony pozostałych uczestników.

Przestrzeganie obu reguł jest rygorystyczne w rozwiniętych gospodarkach. W USA, w obawie o poderwanie zaufania inwestorów, wyroki za przestępstwa na rynku finansowym są drakońskie (średnio od kilku lat więzienia w górę wraz z karami finansowymi idącymi w miliony dolarów). Brak przestrzegania prawa i norm prowadzi do oligarchizacji rynku finansowego, czego najlepszym przykładem są kraje Ameryki Łacińskiej, Azji czy Rosji. Niestety, wygląda na to, że polski rynek coraz szybciej dołącza do tego mało szacownego grona.

W teorii korzyść odnoszą uczestnicy, którzy dokonali prawidłowej oceny sytuacji i zajęli odpowiednią pozycję na rynku. W praktyce zajęciu pozycji towarzyszy często "troska" o pozostałych uczestników i próba przekonania ich do swoich racji. Ostatecznym celem jest, oczywiście, zamknięcie z zyskiem pozycji przez przewodników oraz pozostawienie reszty stada na ogołoconym pastwisku.

Przewodnicy są z reguły lepiej poinformowani niż reszta. Na normalnie funkcjonującym rynku finansowym asymetria jest nieznaczna, a rynki są częściej niż rzadziej efektywne. Prawdziwa asymetria informacji występuje, gdy część uczestników rynku posiada informacje, do których nie mają dostępu w tym samym czasie pozostali uczestnicy. Jednak, gdy taka informacja zostanie przez kogoś wykorzystana, to podlega w każdym normalnym kraju procedurze karnej. Subtelną odmianą posiadania faktycznej wiedzy jest blef, czyli rozpowszechnianie informacji o znajomościach i koneksjach uwiarygodniających wyrażane opinie.

Jeżeli chodzi o prawidłowe funkcjonowanie rynków finansowych zaczynamy coraz szybciej oddalać się od cywilizowanego świata. Pierwszym wyraźnym symptomem był fakt elitarnego spotkania w końcu lipca br. kilku uczestników rynku z ministrem gospodarki i ministrem finansów, co zaowocowało wymianą części/całości (do ustalenia przez prokuratora) portfeli papierów skarbowych w oczekiwaniu na wzrost rentowności nowych emisji i "wygięciu się" długiego końca krzywej dochodowości. Zniecierpliwienie brakiem szybszej reakcji na krzywej dochodowości doprowadziło do rozpowszechniania informacji z początkiem października o dymisji prezesa NBP, szybkim kryzysie finansów publicznych i innych dopustach bożych. Moment był dobry, gdyż zbiegł się z prezentacją bardzo słabego budżetu na 2004 r., brakiem popytu na obligacje skarbowe i słabnięciem dolara wobec euro. Wszystko razem podziałało na rekordowe osłabienie kursu złotego wobec euro, a Ministerstwo Finansów zaakceptowało w końcu znacznie wyższą rentowność obligacji. Zachowania stadne trwają w najlepsze, z tym że teraz próbuje się przekonać rynek o realności planu Hausnera. W końcu najważniejsze, żeby nastroje były zmienne, a rynek się huśtał. Prawdziwy problem pojawi się, gdy takie stado wejdzie na rynek walutowy, co może nastąpić już w następnym roku. Wtedy stawką będzie kryzys walutowy, a gra będzie się toczyć o miliardy rezerw walutowych, aktywa złotowe banków komercyjnych i zobowiązania walutowe podmiotów gospodarczych. Polski w obecnej sytuacji nie stać na niedoskonałości rynku finansowego i systemu sądowniczego skutkujące wywoływaniem zachowań stadnych u uczestników rynku przez "przewodników". Zdarzyć się bowiem może, że całe stado pójdzie pod nóż, a pastwisko zarośnie chwastami.