Bardzo wysokie obroty już od pierwszych minut wczorajszej sesji pokazywały, że nie mamy do czynienia tylko z emocjonalnym wyskokiem indeksu. Prawdopodobnie tylko sama skala obrotów na początkowym wzroście wystarczyłaby do doprowadzenia kontraktów pod wrześniowe szczyty. Szczęście byków było tym większe, że optymizm dodatkowo podgrzały kolejne dobre (w odniesieniu do prognoz, nie kursów akcji) wyniki amerykańskich spółek oraz lepsze od oczekiwanych dane makroekonomiczne.

Dzięki temu w dobrym stylu indeks rósł systematycznie całą sesję, pozwalając zbliżyć się kontraktom na 15 pkt do szczytu z początku września (1767 pkt). Tutaj już zaczęły się schody, a ostatnia godzina zamiast przypieczętować zamknięciem przy maksie bardzo dobrą sesję, postawiła dalszy wzrost pod dużym znakiem zapytania. Byczy odwrót nastąpił w ostatniej godzinie sesji i kto wziął sobie do serca uwagi na temat rynku węgierskiego, ten był jednym z pierwszych ewakuujących się.

Sygnał do realizacji zysków przyszedł właśnie z Budapesztu, gdzie na godzinę przed naszym zamknięciem rozpoczęła się wyprzedaż. Nie znaczy to wcale, że każda zmiana na zachodnich czy wschodnich indeksach jest w stanie na trwałe zmienić obraz naszego rynku. To dla naszych funduszy jest tylko impuls. Ale skoro po tak mocnej sesji potrafi on zabrać w ostatniej godzinie około 30 pkt na indeksie i kontraktach, to wyraźnie pokazuje, że rynek jest trochę przestraszony i gdy światowe rynki przestaną codziennie bić rekordy, możemy sami sobie nie poradzić. Wyrysowana wczoraj na dziennych świecach indeksu spadająca gwiazda (nagare boshi) zdaje się to potwierdza i przynajmniej do czasu jej zanegowania (wyjściem nad szczyty) wzrostów bym nie prognozował.