W.Z.: Jeśli premier Hausner nie będzie miał wsparcia w postaci premiera, to nic nie zrobi.
M.T.K.: Załóżmy, że jestem mieszkańcem kilkutysięcznego małego miasta, nie czytam gazet i ciężko pracuję po 14 godzin dziennie. Czy Pani umie mi wytłumaczyć, po co jest reforma finansów publicznych?
W.Z.: Jeśli jej nie będzie państwo może stać się niewypłacalne.
M.T.K.: Ale państwo, to nie jestem ja.
W.Z.: A właśnie że Pan. Nie będzie wstępu do szkół czy szpitali, zarobi Pan pieniądze, a zapłaci o wiele więcej za kredyt. Nie będzie napływał kapitał zagraniczny, a prywatne inwestycje będą wypychane. Negatywne skutki dla gospodarki będą bardzo poważne. Rozumiem, jednak że ten język jest mało komunikatywny dla przeciętnego zjadacza chleba, ale jestem pewien że przekonałby się Pan, że te reformy są potrzebne.
R.P.: Podwyższą panu VAT, PIT, ZUS, państwo przestanie Panu płacić (jako przedsiębiorcy), albo Pana zwolnią i nie będzie pracy, ani zasiłku. Szpital zadłuży się tak, że nie będzie funkcjonował, zostanie wyłączony prąd, itp. itd.
W.O.: Jeśli dojdzie do kryzysu państwa, to zamiast 14 godzin dziennie, w perspektywie trzech lat nie będzie Pan pracował w ogóle, szpital pana nie przyjmie, państwo nie da zasiłku.
L.Z.: To jest scenariusz tej ściany. Mamy narzędzia, aby do tego nie doprowadzić. Co jednak należy zrobić, aby klasa polityczna przyspieszyła tempo wprowadzania aktów prawnych, zamiast kłócić się między sobą?
W.Z.: Najgorszej, gdyby rząd przedłużał wprowadzanie racjonalizacji wydatków. Jest to trwanie w stanie niechęci i braku perspektyw. A to, co jest zaplanowane, to nie jest cięcie. Teraz jest to racjonalizacja wydatków. Gdyby ludzie odczuli pozytywne efekty, to poparli by ten program. Gdyby jednak ustawy miały być dopiero za 8 miesięcy, to nie widzę możliwości realizacji tego pakietu i wszystko straciłoby sens.
J.M.: Jak dotrzeć z tym przesłaniem do ludzi, do polityków? Politykom łatwo wskazać jedną rzecz: ktokolwiek obejmie władzę w 2005 r., ten ją odda w ciągu kilku miesięcy. Dlaczego? Bo bez wprowadzenia dziś programu sanacyjnego nie skleci się budżetu na 2006 r. Są wydatki sztywne, jak obsługa długu czy emerytury, są wydatki społeczne, jak służba zdrowia czy policja. W przypadku kryzysu cięcie wydatków na ślepo oznaczać będzie że połowa pielęgniarek czy policjantów wyleci z pracy, bądź obniży się im wynagrodzenia o połowę.
Jeśli nie powstaną stosowne ustawy do końca przyszłego roku, to będą następowały tąpnięcia na scenie politycznej i zmiana władz co kilka miesięcy w 2005 r.
R.A.: Zostawmy politykom przekonywanie narodu. Politycy obecnej koalicji idąc do władzy zastosowali sztuczkę socjotechniczną i przekonali wszystkich, że mają pomysły na reformę. Okazało się, że ich nie mają. Rząd myślał, że będzie żył tak jak w 1993 r., a wszystko będzie szło samo, i że wzrost gospodarczy wszystko pociągnie. W dodatku rząd nadal tak sądzi. Liczy, że wszystko w przyszłym roku będzie dobrze. Premier każe uciszyć się niezależnym ekonomistom i obiecuje wprowadzenie pakietu. Ja nie wierzę, że ten pakiet zostanie wprowadzony. Program Kołodki oddłużania przedsiębiorstw z zaplanowanych 1,2 mld przyniósł tylko 200 mln. W dodatku w najbliższym czasie mamy wymianę całego składu RPP i będzie to kardynalna informacja dla rynku.
W.Z.: Proszę nie straszyć nas RPP. Ja bym się nie obawiała RPP. Kiedy każdy nowy członek Rady na spokojnie zapozna się ze wszystkimi dostępnymi dokumentami dojdzie do wniosku, pole manewru jest ograniczone.
R.A.: Rząd już zapisał obniżki stóp na przyszły rok do 3,7%. Mamy już zaplanowaną luźną politykę monetarną i fiskalną. A to jest niebezpieczne. Rząd musi być już teraz maksymalnie odpowiedzialny na każdym etapie. Dla mnie jest to mało prawdopodobne, bo politycy nasi są nieodpowiedzialni.
Wcześniej mówiliśmy, żeby nie tykać rynku walutowego, nie grać z rynkiem walutowym. Wiele osób mówiło, że kurs powinien osłabnąć i wynosić 4,60 zł za euro. Teraz nikt tak nie mówi, bo wszyscy są przerażeni, a premier Hausner pisze listy do agencji ratingowych, żeby nie obniżały oceny Polski.
J.M.: Większość polityków jest niewyedukowana ekonomicznie. Ktoś, kto zasiada w parlamencie, powinien mieć chociaż podstawy ekonomiczne. Spotykam się z takim określeniem: przecież Włosi mają 100% długu, a my tylko 60% i czemu jest to istotne? Politycy nie rozumieją różnicy pomiędzy rynkiem polskim a włoskim. Odpowiedź brzmi: my mamy rynek niedorozwinięty, a taki poziom zadłużenia pochłania wszystkie oszczędności na kredytowanie gospodarki. Państwo wysoko rozwinięte może się zadłużać, a i tak nie straci na wiarygodności. Problem polskiej gospodarki polega na tym, że dług publiczny pochłania środki na rozwój gospodarki.
Z czego wynikają problemy w finansach? Głównie to świadczenia społeczne. Na świadczenia społeczne wydajemy dużo za dużo, zwłaszcza w porównaniu z krajami UE. Obszar oszczędności w administracji publicznej istnieje. Jednak bez oszczędności na transferach socjalnych nie obejdzie się. Na transferach społecznych można zaoszczędzić miliardy.
R.P.: Porównując Polskę z innymi, widzimy że w innych państwach budżet wydaje na inwestycje, w Polsce na konsumpcję. Trzeba zrozumieć, że wydatki budżetowe nie powodują u nas wzrostu jako takiego.
Obcięcie rent dla osób zdrowych lub pracujących spowoduje sprawiedliwość społeczną, a może też dać wzrost gospodarczy. Polska miała w tym roku szansę na zmianę wydatków społecznych dzięki środkom z UE. Środki miały te iść na rozwój infrastruktury, a nie poszły i wciąż mamy większy dług i więcej wydajemy na składkę.
L.Z.: To smutne, cały czas diagnozujemy sytuację, a nic nie robimy, jesteśmy bezradni.
M.B.: Transfery społeczne wydajemy w sposób kompensujący, to znaczy zniechęcający do pracy. Ludzie dostają rentę i nie chcą już pracować. To nie jest dobre. To dezaktywizuje ludzi i powoduje, że młodzież nie może znaleźć pracy. Chodzi o adekwatność rent, to znaczy o to, żeby renty dostawały osoby, które naprawdę doświadczyły nieszczęścia w życiu. Renta nie musi być wypłacana tylko w formie pieniężnej, ale też jako pomoc, usługi czy leczenie. W tej chwili świadczenia pieniężne są w Polsce nadmiernie rozrośnięte. Przyznaje się 70 000 rent inwalidzkich rocznie.
Jeśli chodzi o KRUS, to rolnicy płacą bardzo niewielką, wręcz zbyt małą część tego, co potem otrzymują od państwa. Jest to niesłuszne, bo jest wielu rolników niezamożnych, ale jest też teraz wielu bogatych rolników.
L.Z.: Kto może mieć taką władzę, żeby politycy przestali się kłócić, żeby to wszystko wprowadzić?
J.M.: Wszystko dziś wisi na jednym człowieku - jest nim premier. Pożądany scenariusz jest jeden. Premier musi szybko wprowadzić na ścieżkę legislacyjną przygotowane w Ministerstwie Gospodarki ustawy. Politycy reprezentują ludzi, przewodzą im, czytają sondaże, widzą strajki i boją się ich. Trzeba tym ludziom dać wsparcie, by zmniejszyć obawy. Może to być wsparcie instytucjonalne. W komisji trójstronnej pracodawcy muszą do tego przekonać związki zawodowe. Trzeba też dotrzeć z pewnymi informacjami do polityków, którzy nawet nie czytają prasy, trzeba ukazać im, co nam grozi i trzeba przedstawić ludziom przygotowane projekty, tak aby je zrozumieli. Są tam obszary drażliwe, nikt tam nie mówi o rentach, co do których ani obywatele, ani związki, nie protestują. Ale drażliwą sprawą jest np. wiek emerytalny kobiet.
R.A.: Czy Pan myśli, że ja jako obywatel mogę jeszcze uwierzyć w to, co planuje premier Miller?
J.M.: My prowadzimy testy. Wchodzimy do firmy i pytamy o wiek emerytalny kobiet. I kto protestuje? Mężczyźni! Używają argumentu: kobiety mają być w domu, zająć się wnukami. Muszą oni zrozumieć, że to są narzuty na ich płace. To, że płace są mniejsze, w pewnym stopniu spowodowane jest niższym wiekiem emerytalnym kobiet.
W.Z.: Ludzie muszą zrozumieć, że program jest dobry dla nich. Jest tu olbrzymia rola środków przekazu. Jeśli jest propozycja ograniczenia komuś uprawnień czy świadczeń, to zaraz jest krzyk, że jest jakiś biedny obywatel, któremu dzieje się krzywda.
R.A.: Jest to kwestia odpowiedzialności obywatelskiej. Politycy mogą rządzić w sposób rozsądny i odpowiedzialny, dostrzegać niebezpieczeństwa i im zapobiegać, ekonomiści mogą straszyć, ale nie wymysłami, a naprawdę rzeczywistymi zagrożeniami. Można sprawdzić, jak wyglądały prognozy niezależnych ekonomistów 2-3 lata temu. Dziennikarze mają obywatelską odpowiedzialność, żeby wyważyć pomiędzy poruszaniem problemów społecznych. a robieniem "niusów".
Gdzie jest odpowiedzialność zawodowa lekarzy - przecież np. te nielegalne renty ktoś dawał. Załatwienie renty kosztuje określone pieniądze. Lekarze nie ponoszą za takie działania żadnej odpowiedzialności.
R.P.: Bo system rentowy jest dziurawy. Lekarz orzecznik wydaje orzeczenie o rencie, a w razie wydania niewłaściwego orzeczenia w ogóle nie ponosi odpowiedzialności.
R.A.: Lekarze sprzeciwiali się wprowadzeniu systemu ich kontroli. Wydają oni tysiące recept, co kosztuje państwo ogromne sumy i jaka jest za to odpowiedzialność? Do każdej osoby można przecież dotrzeć i ją sprawdzić!
R.P.: Potrzebna jest informacja, ale jeszcze bardziej potrzebna jest egzekucja.
K.S.: W rządowej strategii jest tylko jeden wariant - wariant optymistyczny, że wszystko się uda. Czy nie powinno być drugiego wariantu wyjścia z sytuacji, gdy zdarzenia nie potoczą się zgodnie z tymi optymistycznymi założeniami.
R.A.: Najbardziej prawdopodobna jest zmiana definicji długu publicznego. Już w 2005 czy 2006 roku będzie brakowało kilku miliardów do progu 60%, w przyszłym roku zaś na pewno będzie już 55%. To scenariusz optymistycznie realny. Poprzednia strategia przygotowana rok temu różni się pięcioma punktami procentowymi narastania długu, nie można zarzucać mi pesymizmu, takie są fakty.
R.P.: Może być np. 59,9%, a to de facto jest już 60%.
W.Z.: Czy którekolwiek z ustaw rządowych będą miały skutek w budżecie na 2004 r.?
R.P.: Nie ma szans.
M.B.: Skąd u państwa ten pesymizm?
R.A.: To podobna sytuacja jak na Ukrainie w roku 1997.
J.M.: Niepokoi nas, że wszystko to ma się zdarzyć dopiero w 2005. Niepokoi nas, że reformy mają się zacząć dopiero w 2005 r., chociażby kwestia rent.
R.P.: Renty też dopiero w 2005?
M.B.: Weryfikacja może się zacząć już w 2004.
R.P.: I będzie trwała rok.
W.Z.: Niech pan nam da chociaż jakąś nadzieję, że chociaż część przedsięwzięć uda się w 2004 r.
M.T.K.: Jak wygląda harmonogram z ramienia ministerstwa gospodarki?
M.B.: Jest to harmonogram rządowy, część do dialogu społecznego, i są działania rządowe, każdy minister ma dwa tygodnie na przygotowanie tych działań. Niektóre oszczędności, np. w obronie narodowej będą już w 2004 r. Kalkulacja została zrobiona na rok 2005, ale niektóre pojawią się już w 2004.
R.A.: Nie zaczynałbym cięć od obrony narodowej, jest to wydatek sztywny i to są zobowiązania międzynarodowe.
J.M.: Zakładam, że rząd umie określić swoje zobowiązania. My, jako ekonomiści nie jesteśmy w stanie ich określić. Ale czytam w harmonogramie, że oszczędności na armii będą dopiero w 2005.
R.P.: W 2005 połowa oszczędności to lepsze ściąganie podatków. Nawet jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to obawiam się, że pierwsze efekty będą widoczne w 2006 r.
K.S.: Podsumowując: kryzys argentyński nam nie grozi, zapaści finansów publicznych uda się uniknąć, jeśli rząd wkroczy na szybką ścieżkę legislacyjną. Potrzebne jest wsparcie instytucjonalne dla ludzi, którzy mogliby ucierpieć w wyniku cięć i kampania informacyjna.
Chciałbym podziękować za debatę, padło wiele ciekawych tez i mądrych słów. Zapraszam na następne spotkanie, które poświęcimy próbie znalezienia środków, aby optymistyczne scenariusze na przyszły rok mogły stać się realne, czy mają szansę się spełnić, i czy mogą być jeszcze bardziej optymistyczne.
J.M.: Bardziej już nie mogą.