Reklama

Czas na dyskusje się skończył

- Szybkie przeprowadzenie przez parlament pakietu racjonalizacji wydatków budżetowych. - Stworzenie programów chroniących tych, którzy mogliby ucierpieć w wyniku cięć. - Uczciwa informacja społeczeństwa o ich następstwach - taki plan działań dla rządu Leszka Millera stworzyli eksperci obecni na debacie redakcyjnej PARKIETU, poświęconej sytuacji finansów publicznych. Odsunięcie ograniczenia wydatków na 2005 rok grozi poważnym kryzysem. Jego koszty byłyby ogromne.

Publikacja: 17.10.2003 09:16

Krzysztof Stępień: Skoro tak trudno reformuje się finanse publiczne, czy sposobem na ich uzdrowienie jest dopuszczenie do kryzysu?

Wiesława Ziółkowska: Najpierw musimy sobie odpowiedzieć na pytanie co rozumiemy przez kryzys. Czy jest nim niemożność wywiązania się państwa z obsługi długu, czy też niemożność świadczenia usług wobec obywateli, którzy są na garnuszku państwa? Rozumiem ten problem szerzej.

Ryszard Petru: Czy 18% bezrobocia, które nie spada to kryzys? Dla części społeczeństwa, które nie może znaleźć pracy, bez wątpienia tak. Natomiast nie jest to kryzys w wariancie argentyńskim. Drugie pytanie: co się stanie po obniżeniu Polsce ratingu? To sygnał pogorszenia warunków gospodarowania w Polsce. Mogą być wahania kursu walutowego, ale wariantu argentyńskiego nie będzie bo jesteśmy w bezpiecznej strefie UE. Gdyby Polska była w Ameryce Łacińskiej, to bałbym się o nasz kraj. Rozmawiając o kwestii długu publicznego musimy brać pod uwagę jeden fakt. Państwo może sprzedać każdą ilość obligacji. Pytanie po jakiej cenie.

Witold Orłowski: Kryzys argentyński to załamanie całej gospodarki. Polsce to nie grozi przez wiele lat z różnych powodów. Może jednak wystąpić niezdolność państwa do dostarczania pewnych usług czy świadczeń, które muszą obywatele muszą otrzymywać. Jeśli dojdzie do przekroczenia konstytucyjnej granicy długu, obowiązkiem rządu będzie w ciągu miesięcy zrównoważenie budżetu, tzn. obcięcie wydatków o 1/4. Jednak nie ma sposobu obniżenia niektórych wydatków, zwłaszcza na obsługę długu publicznego i tzw. wydatków sztywnych. Dlatego cięcie wydatków o 25% tak naprawdę oznacza 80% cięć w sferze inwestycji i świadczeń. Wtedy nie byłoby absolutnie żadnych inwestycji. I to byłoby załamanie finansów publicznych.

Marcin T. Kuchciak: Czy jest Pan w stanie określić barierę długu, którą można byłoby osiągnąć, gdyby nie było regulacji konstytucyjnej?

Reklama
Reklama

W.O.: Są kraje które doszły do 100% PKB. Gdyby stało się to w Polsce zaczęlibyśmy żyć w gospodarce z 1-proc. tempem wzrostu, a bezrobocie sięgałoby 18% w lepszych czasach i 28% w gorszych. Pojawiłaby się frustracja, emigracja i niskie płace.

Rafał Antczak: Kryzysy są z reguły nieprzewidywalne. Jednocześnie trudno jest stwierdzić, jak wyglądają ich fundamenty. W Polsce spustem są finanse publiczne. Jeszcze rok-dwa lata temu ekonomiści mówili, że złoty powinien być słaby. W przyszłym roku wystarczy, że wahnie się on w dół o 25%, a już osiągniemy granicę 60% długu. W 2005 r. wystarczy tylko 3-proc. osłabienie. Pytamy, co byłoby gdyby nie było bariery. Od transformacji mamy deficyt budżetowy średnio 2%. Problem jest w tym, że wszystkie błędne działania władz akumulują się.

W Polsce obecnie nie ma miejsca na negatywny rozwój sytuacji. Budżet ma optymistyczne założenia makroekonomiczne. Może być jeszcze lepiej, jednak jeśli nie będzie, to budżet nie ma marginesu manewru. Deficyt może być dużo większy. W projekcie budżetu są takie rzeczy, jak nowa ustawa o dostawcach mediów, o PIT i CIT: dostawcy mediów przechodzą na rozliczenie kasowe. W wyniku tego wypadnie jeden miesiąc wpływów z takich firm jak TP, wodociągów czy energetyki. Podobnych smaczków w budżecie jest cała masa. Można się modlić, aby nie wydarzyło się nic złego.

Rafał Zagórny: Byłbym nawet większym pesymistą. Pamiętajmy, że dzisiejszy wzrost PKB to głównie eksport i szara strefa. Projekt budżetu zakłada kurs euro na poziomie 4,2 zł, czyli albo aprecjację złotego albo odwrócenie trendu spadkowego dolara wobec wspólnej waluty. Jest to jednak mało prawdopodobne. Jeśli chcemy 5% wzrostu, to oznacza, że liczymy na dalsze słabnięcie złotówki. To będzie miało konsekwencje dla wielkości długu. Zatem założenia szybkiego wzrostu gospodarczego oraz umocnienia złotego są po części sprzeczne.

Lidia Zakrzewska: W tej chwili trwa debata budżetowa. Wracając do pierwszego pytania. Czy nie warto jednak doprowadzić do kryzysu, by uzdrowić sytuację?W.O.: Nie warto! Cena kryzysu jest tak ogromna, że jeśli go można uniknąć, to trzeba to zrobić.

R.Z.: Wciąż nie musimy się zderzyć z murem w postaci konstytucyjnego progu długu publicznego. Kluczem jest przyszłoroczny budżet.

Reklama
Reklama

Maciej Bukowski: Polska ma zapisaną w konstytucji bardzo twardą regułę fiskalną. Na finanse w Polsce trzeba patrzeć w długiej perspektywie i na to, co stanie się z zadłużeniem w długiej perspektywie, a nie, czy w przyszłym roku będziemy mieli 55%. To, co wydarzy się w przyszłym roku, jest nieważne wobec długiej perspektywy.

L.Z.: Dla przeciętnego obywatela długa perspektywa nie jest ważna.

R.P.: Dynamika przyrastania długu jest bardzo niebezpieczna. Jest olbrzymia. Wciąż pędzimy w stronę ściany. Zderzenie ze ścianą zawsze odbywa się z krzywdą dla obywateli. Co więcej za tą ścianą jest tylko przepaść.

M.B.: Reforma finansów publicznych to część reformy państwa. Przyświeca jej cel, aby dobra publiczne były dostarczane na odpowiednim poziomie. Nie należy rozważać jej tylko w kontekście 60% długu.

R.P.: Jednak dzięki pojawieniu się w świadomości tej 60-proc. ściany powstał raport o finansach publicznych.

M.B.: Hausner pisałby raport, również gdyby jej nie było.

Reklama
Reklama

R.Z.: Sytuacja, kiedy z roku na rok trzeba zrównoważyć budżet, jest niemożliwa społecznie. Jest to kryzys polityczny, społeczny, zmiana konstytucji i złagodzenie restrykcji w niej zawartych. To byłoby kompromitacją klasy politycznej.

Jeśliby nie zmieniać konstytucji to mamy gotowy kryzys społeczny, na którym wszyscy by ucierpieli. Przecież nie da się obciąć wydatków o 80%.

K.S.: Co można robić w przypadku kryzysu? Jeszcze bardziej zaostrzyć fiskalizm, czy też tylko mocno ciąć wydatki?

W.Z.: Możemy ciąć chaotycznie, albo ciąć rozsądnie. To, co obciąża każdą ekipę rządzącą, to ciągłe czekanie z racjonalizowaniem wydatków i ciągłe odkładanie tego na później.

R.A.: Ostatnio inwestorzy w ogóle nie kupują obligacji. Tylko PKO BP ratuje sytuację i kupuje na przetargach, to co Ministerstwo Finansów próbuje sprzedać. Rezerwa Ministerstwa Finansów spadła ostatnio o połowę. Mamy fundamenty, które już są złe. Zbić statystycznie poziom długu o 5-7 punktów daje nam czas jednego roku, maksymalnie dwóch, które można byłoby wykorzystać na przeprowadzenie reform. Ale w tym kraju nikt nie umie przeprowadzić reform. Program Hausnera to według mnie propagandowa zagrywka. To już kilkukrotnie przerabialiśmy.

Reklama
Reklama

R.Z.: Kluczowy jest budżet na 2004 rok. Jeśli przedstawia się program na 32 mld oszczędności, a w 2004 r. jest tylko 1,9 mld i do tego tę kwotę mają znaleźć posłowie, to jest fatalnie. Rząd nie potrafi niczego znaleźć. Przedłożenie budżetu to jedyna okazja, żeby coś naprawić. Posłowie nie chcą przyjmować ustaw niepopularnych, rząd natomiast przedstawił projekt budżetu bez ustaw okołobudżetowych i jeszcze żąda od posłów znalezienia 1,9 mld zł oszczędności. Czy Sejm może więc znaleźć jakiekolwiek oszczędności?

W.O.: Program Hausnera to najlepszy i najśmielszy dokument reform od lat. Nie dezawuujmy jego merytorycznych założeń.

R.Z.: Niech rząd przedłoży autopoprawkę i przesunie oszczędności z 2005 r. na rok 2004.

Jeremi Mordasewicz: Ludzie nie czują, że kryzys finansów publicznych ma wpływ na ich życie, a ma i to natychmiastowy. Miałem ostatnio okazję rozmawiać z różnymi politykami i dostrzegam radykalną zmianę w myśleniu polityków. Dotarło do nich, że zmierzamy ku przepaści. Podobnie jest ze związkowcami. Związkowcy, a zwłaszcza szefowie związków, są już skłonni do negocjować. Jeśli rząd przedstawi plan oszczędnościowy Hausnera w postaci ustaw i zrobi to szybko, to może to przejść. Tak, żeby można było na nowych zasadach zbudować budżet na rok 2005. Jeśli nie zostanie to wprowadzone, to budżetu na 2005 i 2006 nikt już nie złoży.

R.P.: Polska musi być mniej zadłużona niż np. Włochy, bo jest krajem transformacji. Przez to jest mniej wiarygodna. Granica 60% jest znana od dawPrzez 3 lata zwiększył się prawie o 1/3. Dzięki temu, że nałożony jest limit, politycy powinni wiedzieć, iż trzeba przeprowadzać reformy. Można zadłużać się w nieskończoność, ale konsekwencje będą opłakane.

Reklama
Reklama

Program Hausnera to program racjonalizacji wydatków społecznych, i jest to rzeczywiście najlepszy dokument w ciągu ostatnich 14 lat. Jest szczegółowy, jednak termin realizacji jest zbyt długi. Najwcześniejszy termin to rok 2005, a jest to już rok wyborczy i nie wyobrażam sobie, jak w tym roku wprowadzić w życie taki plan. To musi być przedstawione najpóźniej w 2004 r. Niektóre elementy wchodzą z wielkim opóźnieniem, np. reforma rent inwalidzkich zajmie 2 lata. Jeżeli to wchodzi w 2005 lub 2006 to nie uchroni nas przed kryzysem 60% PKB.

W.Z.: My już mamy dobry program. Jednak jak przekonać elity i związki zawodowe do wprowadzenia go w życie? To jest najważniejszy problem. Marzyłoby mi się, aby pakiet ustaw rząd przedstawił już w tym roku, przyjął i częściowo uwzględnił w przyszłorocznym budżecie.

J.M.: Była już taka spec-komisja ds. ustaw do realizacji programu rozwoju przedsiębiorczości i pracy. Czego w jej pracy zabrakło? Okazało się, że tryb był szybszy, ale rząd stracił kontrolę nad procesem legislacyjnym i posłowie koalicji rządowej psuli ustawy. Ustawy trzeba skierować do parlamentu, a potem ich pilnować.

W.Z.: Podzielam ten punkt widzenia. Często do prac w komisjach sejmowych delegowane są osoby niekompetentne i powszechnie lekceważone.

W.O.: Program reformy finansów publicznych powinien być dzieckiem premiera Millera, a nie tylko wicepremiera Hausnera. To na nim spoczywa odpowiedzialność, by przepchnąć to przez Sejm.

Reklama
Reklama

W.Z.: Jeśli premier Hausner nie będzie miał wsparcia w postaci premiera, to nic nie zrobi.

M.T.K.: Załóżmy, że jestem mieszkańcem kilkutysięcznego małego miasta, nie czytam gazet i ciężko pracuję po 14 godzin dziennie. Czy Pani umie mi wytłumaczyć, po co jest reforma finansów publicznych?

W.Z.: Jeśli jej nie będzie państwo może stać się niewypłacalne.

M.T.K.: Ale państwo, to nie jestem ja.

W.Z.: A właśnie że Pan. Nie będzie wstępu do szkół czy szpitali, zarobi Pan pieniądze, a zapłaci o wiele więcej za kredyt. Nie będzie napływał kapitał zagraniczny, a prywatne inwestycje będą wypychane. Negatywne skutki dla gospodarki będą bardzo poważne. Rozumiem, jednak że ten język jest mało komunikatywny dla przeciętnego zjadacza chleba, ale jestem pewien że przekonałby się Pan, że te reformy są potrzebne.

R.P.: Podwyższą panu VAT, PIT, ZUS, państwo przestanie Panu płacić (jako przedsiębiorcy), albo Pana zwolnią i nie będzie pracy, ani zasiłku. Szpital zadłuży się tak, że nie będzie funkcjonował, zostanie wyłączony prąd, itp. itd.

W.O.: Jeśli dojdzie do kryzysu państwa, to zamiast 14 godzin dziennie, w perspektywie trzech lat nie będzie Pan pracował w ogóle, szpital pana nie przyjmie, państwo nie da zasiłku.

L.Z.: To jest scenariusz tej ściany. Mamy narzędzia, aby do tego nie doprowadzić. Co jednak należy zrobić, aby klasa polityczna przyspieszyła tempo wprowadzania aktów prawnych, zamiast kłócić się między sobą?

W.Z.: Najgorszej, gdyby rząd przedłużał wprowadzanie racjonalizacji wydatków. Jest to trwanie w stanie niechęci i braku perspektyw. A to, co jest zaplanowane, to nie jest cięcie. Teraz jest to racjonalizacja wydatków. Gdyby ludzie odczuli pozytywne efekty, to poparli by ten program. Gdyby jednak ustawy miały być dopiero za 8 miesięcy, to nie widzę możliwości realizacji tego pakietu i wszystko straciłoby sens.

J.M.: Jak dotrzeć z tym przesłaniem do ludzi, do polityków? Politykom łatwo wskazać jedną rzecz: ktokolwiek obejmie władzę w 2005 r., ten ją odda w ciągu kilku miesięcy. Dlaczego? Bo bez wprowadzenia dziś programu sanacyjnego nie skleci się budżetu na 2006 r. Są wydatki sztywne, jak obsługa długu czy emerytury, są wydatki społeczne, jak służba zdrowia czy policja. W przypadku kryzysu cięcie wydatków na ślepo oznaczać będzie że połowa pielęgniarek czy policjantów wyleci z pracy, bądź obniży się im wynagrodzenia o połowę.

Jeśli nie powstaną stosowne ustawy do końca przyszłego roku, to będą następowały tąpnięcia na scenie politycznej i zmiana władz co kilka miesięcy w 2005 r.

R.A.: Zostawmy politykom przekonywanie narodu. Politycy obecnej koalicji idąc do władzy zastosowali sztuczkę socjotechniczną i przekonali wszystkich, że mają pomysły na reformę. Okazało się, że ich nie mają. Rząd myślał, że będzie żył tak jak w 1993 r., a wszystko będzie szło samo, i że wzrost gospodarczy wszystko pociągnie. W dodatku rząd nadal tak sądzi. Liczy, że wszystko w przyszłym roku będzie dobrze. Premier każe uciszyć się niezależnym ekonomistom i obiecuje wprowadzenie pakietu. Ja nie wierzę, że ten pakiet zostanie wprowadzony. Program Kołodki oddłużania przedsiębiorstw z zaplanowanych 1,2 mld przyniósł tylko 200 mln. W dodatku w najbliższym czasie mamy wymianę całego składu RPP i będzie to kardynalna informacja dla rynku.

W.Z.: Proszę nie straszyć nas RPP. Ja bym się nie obawiała RPP. Kiedy każdy nowy członek Rady na spokojnie zapozna się ze wszystkimi dostępnymi dokumentami dojdzie do wniosku, pole manewru jest ograniczone.

R.A.: Rząd już zapisał obniżki stóp na przyszły rok do 3,7%. Mamy już zaplanowaną luźną politykę monetarną i fiskalną. A to jest niebezpieczne. Rząd musi być już teraz maksymalnie odpowiedzialny na każdym etapie. Dla mnie jest to mało prawdopodobne, bo politycy nasi są nieodpowiedzialni.

Wcześniej mówiliśmy, żeby nie tykać rynku walutowego, nie grać z rynkiem walutowym. Wiele osób mówiło, że kurs powinien osłabnąć i wynosić 4,60 zł za euro. Teraz nikt tak nie mówi, bo wszyscy są przerażeni, a premier Hausner pisze listy do agencji ratingowych, żeby nie obniżały oceny Polski.

J.M.: Większość polityków jest niewyedukowana ekonomicznie. Ktoś, kto zasiada w parlamencie, powinien mieć chociaż podstawy ekonomiczne. Spotykam się z takim określeniem: przecież Włosi mają 100% długu, a my tylko 60% i czemu jest to istotne? Politycy nie rozumieją różnicy pomiędzy rynkiem polskim a włoskim. Odpowiedź brzmi: my mamy rynek niedorozwinięty, a taki poziom zadłużenia pochłania wszystkie oszczędności na kredytowanie gospodarki. Państwo wysoko rozwinięte może się zadłużać, a i tak nie straci na wiarygodności. Problem polskiej gospodarki polega na tym, że dług publiczny pochłania środki na rozwój gospodarki.

Z czego wynikają problemy w finansach? Głównie to świadczenia społeczne. Na świadczenia społeczne wydajemy dużo za dużo, zwłaszcza w porównaniu z krajami UE. Obszar oszczędności w administracji publicznej istnieje. Jednak bez oszczędności na transferach socjalnych nie obejdzie się. Na transferach społecznych można zaoszczędzić miliardy.

R.P.: Porównując Polskę z innymi, widzimy że w innych państwach budżet wydaje na inwestycje, w Polsce na konsumpcję. Trzeba zrozumieć, że wydatki budżetowe nie powodują u nas wzrostu jako takiego.

Obcięcie rent dla osób zdrowych lub pracujących spowoduje sprawiedliwość społeczną, a może też dać wzrost gospodarczy. Polska miała w tym roku szansę na zmianę wydatków społecznych dzięki środkom z UE. Środki miały te iść na rozwój infrastruktury, a nie poszły i wciąż mamy większy dług i więcej wydajemy na składkę.

L.Z.: To smutne, cały czas diagnozujemy sytuację, a nic nie robimy, jesteśmy bezradni.

M.B.: Transfery społeczne wydajemy w sposób kompensujący, to znaczy zniechęcający do pracy. Ludzie dostają rentę i nie chcą już pracować. To nie jest dobre. To dezaktywizuje ludzi i powoduje, że młodzież nie może znaleźć pracy. Chodzi o adekwatność rent, to znaczy o to, żeby renty dostawały osoby, które naprawdę doświadczyły nieszczęścia w życiu. Renta nie musi być wypłacana tylko w formie pieniężnej, ale też jako pomoc, usługi czy leczenie. W tej chwili świadczenia pieniężne są w Polsce nadmiernie rozrośnięte. Przyznaje się 70 000 rent inwalidzkich rocznie.

Jeśli chodzi o KRUS, to rolnicy płacą bardzo niewielką, wręcz zbyt małą część tego, co potem otrzymują od państwa. Jest to niesłuszne, bo jest wielu rolników niezamożnych, ale jest też teraz wielu bogatych rolników.

L.Z.: Kto może mieć taką władzę, żeby politycy przestali się kłócić, żeby to wszystko wprowadzić?

J.M.: Wszystko dziś wisi na jednym człowieku - jest nim premier. Pożądany scenariusz jest jeden. Premier musi szybko wprowadzić na ścieżkę legislacyjną przygotowane w Ministerstwie Gospodarki ustawy. Politycy reprezentują ludzi, przewodzą im, czytają sondaże, widzą strajki i boją się ich. Trzeba tym ludziom dać wsparcie, by zmniejszyć obawy. Może to być wsparcie instytucjonalne. W komisji trójstronnej pracodawcy muszą do tego przekonać związki zawodowe. Trzeba też dotrzeć z pewnymi informacjami do polityków, którzy nawet nie czytają prasy, trzeba ukazać im, co nam grozi i trzeba przedstawić ludziom przygotowane projekty, tak aby je zrozumieli. Są tam obszary drażliwe, nikt tam nie mówi o rentach, co do których ani obywatele, ani związki, nie protestują. Ale drażliwą sprawą jest np. wiek emerytalny kobiet.

R.A.: Czy Pan myśli, że ja jako obywatel mogę jeszcze uwierzyć w to, co planuje premier Miller?

J.M.: My prowadzimy testy. Wchodzimy do firmy i pytamy o wiek emerytalny kobiet. I kto protestuje? Mężczyźni! Używają argumentu: kobiety mają być w domu, zająć się wnukami. Muszą oni zrozumieć, że to są narzuty na ich płace. To, że płace są mniejsze, w pewnym stopniu spowodowane jest niższym wiekiem emerytalnym kobiet.

W.Z.: Ludzie muszą zrozumieć, że program jest dobry dla nich. Jest tu olbrzymia rola środków przekazu. Jeśli jest propozycja ograniczenia komuś uprawnień czy świadczeń, to zaraz jest krzyk, że jest jakiś biedny obywatel, któremu dzieje się krzywda.

R.A.: Jest to kwestia odpowiedzialności obywatelskiej. Politycy mogą rządzić w sposób rozsądny i odpowiedzialny, dostrzegać niebezpieczeństwa i im zapobiegać, ekonomiści mogą straszyć, ale nie wymysłami, a naprawdę rzeczywistymi zagrożeniami. Można sprawdzić, jak wyglądały prognozy niezależnych ekonomistów 2-3 lata temu. Dziennikarze mają obywatelską odpowiedzialność, żeby wyważyć pomiędzy poruszaniem problemów społecznych. a robieniem "niusów".

Gdzie jest odpowiedzialność zawodowa lekarzy - przecież np. te nielegalne renty ktoś dawał. Załatwienie renty kosztuje określone pieniądze. Lekarze nie ponoszą za takie działania żadnej odpowiedzialności.

R.P.: Bo system rentowy jest dziurawy. Lekarz orzecznik wydaje orzeczenie o rencie, a w razie wydania niewłaściwego orzeczenia w ogóle nie ponosi odpowiedzialności.

R.A.: Lekarze sprzeciwiali się wprowadzeniu systemu ich kontroli. Wydają oni tysiące recept, co kosztuje państwo ogromne sumy i jaka jest za to odpowiedzialność? Do każdej osoby można przecież dotrzeć i ją sprawdzić!

R.P.: Potrzebna jest informacja, ale jeszcze bardziej potrzebna jest egzekucja.

K.S.: W rządowej strategii jest tylko jeden wariant - wariant optymistyczny, że wszystko się uda. Czy nie powinno być drugiego wariantu wyjścia z sytuacji, gdy zdarzenia nie potoczą się zgodnie z tymi optymistycznymi założeniami.

R.A.: Najbardziej prawdopodobna jest zmiana definicji długu publicznego. Już w 2005 czy 2006 roku będzie brakowało kilku miliardów do progu 60%, w przyszłym roku zaś na pewno będzie już 55%. To scenariusz optymistycznie realny. Poprzednia strategia przygotowana rok temu różni się pięcioma punktami procentowymi narastania długu, nie można zarzucać mi pesymizmu, takie są fakty.

R.P.: Może być np. 59,9%, a to de facto jest już 60%.

W.Z.: Czy którekolwiek z ustaw rządowych będą miały skutek w budżecie na 2004 r.?

R.P.: Nie ma szans.

M.B.: Skąd u państwa ten pesymizm?

R.A.: To podobna sytuacja jak na Ukrainie w roku 1997.

J.M.: Niepokoi nas, że wszystko to ma się zdarzyć dopiero w 2005. Niepokoi nas, że reformy mają się zacząć dopiero w 2005 r., chociażby kwestia rent.

R.P.: Renty też dopiero w 2005?

M.B.: Weryfikacja może się zacząć już w 2004.

R.P.: I będzie trwała rok.

W.Z.: Niech pan nam da chociaż jakąś nadzieję, że chociaż część przedsięwzięć uda się w 2004 r.

M.T.K.: Jak wygląda harmonogram z ramienia ministerstwa gospodarki?

M.B.: Jest to harmonogram rządowy, część do dialogu społecznego, i są działania rządowe, każdy minister ma dwa tygodnie na przygotowanie tych działań. Niektóre oszczędności, np. w obronie narodowej będą już w 2004 r. Kalkulacja została zrobiona na rok 2005, ale niektóre pojawią się już w 2004.

R.A.: Nie zaczynałbym cięć od obrony narodowej, jest to wydatek sztywny i to są zobowiązania międzynarodowe.

J.M.: Zakładam, że rząd umie określić swoje zobowiązania. My, jako ekonomiści nie jesteśmy w stanie ich określić. Ale czytam w harmonogramie, że oszczędności na armii będą dopiero w 2005.

R.P.: W 2005 połowa oszczędności to lepsze ściąganie podatków. Nawet jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to obawiam się, że pierwsze efekty będą widoczne w 2006 r.

K.S.: Podsumowując: kryzys argentyński nam nie grozi, zapaści finansów publicznych uda się uniknąć, jeśli rząd wkroczy na szybką ścieżkę legislacyjną. Potrzebne jest wsparcie instytucjonalne dla ludzi, którzy mogliby ucierpieć w wyniku cięć i kampania informacyjna.

Chciałbym podziękować za debatę, padło wiele ciekawych tez i mądrych słów. Zapraszam na następne spotkanie, które poświęcimy próbie znalezienia środków, aby optymistyczne scenariusze na przyszły rok mogły stać się realne, czy mają szansę się spełnić, i czy mogą być jeszcze bardziej optymistyczne.

J.M.: Bardziej już nie mogą.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama