Daniel Salter, analityk ING Securities, potwierdza, że aresztowanie prezesa Jukosu będzie miało negatywny wpływ na rosyjski rynek kapitałowy. Spodziewa się, że zagraniczni inwestorzy, obecni na moskiewskiej giełdzie, sprzedadzą akcje o wartości 5 mld USD.

To może być dobra informacja dla polskiej giełdy. W akcje, notowane na warszawskim rynku, inwestują bowiem te same fundusze, co na rosyjskiej giełdzie. Za takim scenariuszem przemawiają wydarzenia z 4 lipca tego roku. Wtedy aresztowano wiceprezesa Jukosu Aleksandra Lebiediewa, który był jednocześnie szefem Menatep Group - głównego właściciela Jukosu. Wówczas po raz pierwszy przesłuchano też M. Chodorkowskiego. Rosyjski rynek stracił po tym wydarzeniu kilkanaście procent, a Dawid Salter z ING Securities szacuje, że instytucje finansowe sprzedały wtedy rosyjskie akcje za ok. 2,4 mld USD. Dzień po aresztowaniu Lebiediewa indeks WIG20 zyskał 2% i osiągnął najwyższy poziom od 12 miesięcy. W lipcu indeks największych spółek zwiększył wartość o 10% (z 1276 pkt do 1390 pkt). W tym okresie wyraźnie wzrosły też obroty.

Według analityka ING, aresztowanie szefa Jukosu będzie miało dla moskiewskiego indeksu RTS znacznie poważniejsze reperkusje niż te z lipca tego roku. W tym tygodniu indeks RTS spadł już o kilkanaście procent. Natomiast na warszawskim rynku wzrosły obroty, a we wtorek 4% zyskał WIG20. - GPW ruszyła do góry, a większość obrotu została wygenerowana przez inwestorów zagranicznych - powiedział nam pragnący zachować anonimowość broker.

Wychodzenie z akcji rosyjskich jest też efektem ich przewartościowania. Według ING Securities, na 17 największych rosyjskich firm aż 13 jest za drogich (z czego 8 o więcej niż 30%). W Polsce na 15 ocenianych spółek przewartościowanych jest 7. W Izraelu na 14 firm zbyt drogie są 3, w Turcji na 14 również 3, natomiast w Czechach na 7 blue chipów przewartościowany jest jeden.