Poniedziałkowa sesja nie należała do najciekawszych. Duża grupa inwestorów najwyraźniej postanowiła skorzystać z dobrodziejstw długiego weekendu i odpocząć od giełdy. Ponadto brak sesji we wtorek, a co za tym idzie brak szans na reakcję, na to, co mogłoby się wydarzyć w poniedziałek na Wall Street, też utrudniał podejmowanie jakichkolwiek decyzji. Przypomnijmy bowiem, że piątkowy spadek głównych indeksów w odpowiedzi na doskonałe dane z amerykańskiego rynku pracy sprawiał, iż początek tygodnia za oceanem mógł być dość gwałtowny. W tej sytuacji podejmowanie jakichkolwiek decyzji przez polskich graczy obarczone było znacznie większym ryzykiem niż w innych dniach.
Indeks dużych spółek rozpoczął tydzień na poziomie zbliżonym do zamknięcia z poprzedniego tygodnia. W pierwszych minutach delikatną przewagę osiągnęły niedźwiedzie, czego efektem był spadek WIG20 do 1560 pkt. Jednak brak podaży i odrabiające początkowe straty giełdy europejskie sprawiły, że strona popytowa bardzo szybko "wyciągnęła" indeks na plusy, gdzie pozostał już do końca notowań.
Handel odbywał się w bardzo leniwej atmosferze. Po dwóch godzinach notowań obroty wyniosły zaledwie 15 mln zł. Później było nieznacznie lepiej. Na koniec zbliżyły się bowiem do poziomu 90 mln zł. Wykorzystały to byki, doprowadzając do 0,7-proc. wzrostu WIG20.
Poniedziałkowych notowań, z uwagi na małe obroty, nie można traktować poważnie. Ot, zwykła sesja na przeczekanie. Nie ma ona żadnego znaczenia prognostycznego i nie wyznacza kierunku, w jakim polski rynek podąży w dalszej części tygodnia. Ten wskaże bowiem zachowanie amerykańskiego rynku. Dlatego należy mu się bacznie przyglądać. Brak silnych wzrostów w następstwie napływających w ostatnim czasie optymistycznych danych makroekonomicznych każe sądzić, że wszystko, co dobre, jest już zawarte w cenach akcji. Od tego już krok do korekty czy też nawet zmiany trendu. Zważywszy na fakt, że hossa za oceanem trwa już ponad 8 miesięcy, nawet korekta może oznaczać mały dramat.