Cła w wysokości od 8% do 30% nałożone w marcu ub.r. miały obowiązywać trzy lata i chronić amerykańskich producentów przed nieuczciwą konkurencją. USA wielokrotnie oskarżały swoich partnerów handlowych o stosowanie dumpingu. Potwierdzać to miały bankructwa spółek hutniczych. Importerom jednak dwukrotnie udało się uzyskać przychylne dla siebie orzeczenie WTO.

Prezydent Bush ma bardzo trudny wybór: albo znieść cła i narazić się miejscowemu lobby stalowemu, w skład którego wchodzą zarówno producenci, jak i związkowcy, albo zdecydować się na ich utrzymanie. To ostatnie rozwiązanie oznacza jednak przekreślenie idei wolnego handlu, głoszonej przez prezydenta i wojnę celną z największymi partnerami handlowymi USA.

Unia Europejska oraz inne państwa eksportujące stal do USA mogą nałożyć karne cła na produkty rolne i owoce sprowadzane z Ameryki, a także dziesiątki innych produktów. Wartość wymiany między tymi dwoma największymi ośrodkami gospodarczymi na świecie to około 400 miliardów dolarów rocznie, więc pole manewru dla Brukseli jest ogromne. Ewentualne sankcje dotkną najprawdopodobniej firm spożywczych (cytrusy z Florydy, jabłka ze stanu Waszyngton czy ryż z Arkansas), ale także producentów przemysłowych. Karne cła UE może nałożyć już w połowie grudnia. Dotknie to boleśnie amerykańskie koncerny, które dzięki słabemu dolarowi przebijają się obecnie na europejskim rynku.

Każda decyzja Busha będzie mieć poważne konsekwencje polityczne. Nakładając cła Biały Dom liczył na pozyskanie wyborców w Pensylwanii i Wirginii Zachodniej, gdzie znajduje się wiele zakładów metalurgicznych. Nie bez znaczenia było także poparcie dla pomysłu ceł ochronnych ze strony Michigan i Ohio - dwóch stanów bogatych w głosy elektorskie w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Joe Lockhart, były sekretarz prasowy Busha, pracujący obecnie w sektorze prywatnym, uważa, że taktyka grożenia Ameryce może przynieść obosieczne skutki. - Prezydent Bush bardzo nerwowo reaguje na jakiekolwiek próby zastraszania - twierdzi jego były współpracownik.