Za październikowy wynik odpowiadają przede wszystkim rosnące ceny żywności, która zdrożała w ubiegłym miesiącu o 1,3%, oraz podwyżka kosztów utrzymania mieszkań, w tym - energii. Nieco w górę poszły także ceny obuwia i odzieży.
- Jednak raczej nie jest to efekt wzrostu popytu, ale czynnik sezonowy - powiedział Piotr Kalisz, ekonomista PKO BP. - Spore znaczenie dla inflacji w ubiegłym miesiącu miał także tzw. efekt bazy, czyli to, że przed rokiem o tej porze doszło do spadku cen alkoholi po obniżce akcyzy - dodał.
Mimo że ostatecznie inflacja była wyższa, niż oczekiwał rynek (średnia prognoz wynosiła 1,2%), analitycy przyjęli dane GUS spokojnie. - Tego, że inflacja przyspieszy, spodziewali się wszyscy - wyjaśnił Jacek Wiśniewski, ekonomista Pekao SA. - Poza tym dane te nie mają znaczenia dla obecnej Rady, która do końca roku już nie zmieni stóp procentowych.
A do końca roku inflacja - według prognoz - będzie rosła dalej, choć już w wolniejszym tempie. Według szacunków obu banków, na koniec roku wyniesie 1,5%.
Nieco więcej zamieszania wśród analityków zrobiły dane o podaży pieniądza w październiku, która wzrosła o 1,6%. To również spory wzrost. Większość analityków wiąże go ze spadkiem kursu złotego. Widać to np. w informacji, że należności od gospodarstw domowych zwiększyły się o 1,4 mld zł. Gdyby nie spadek złotego, taka informacja oznaczałaby, że Polacy zaczynają brać więcej kredytów.