SEC sprawdza, czy fundusze nie łamały przepisów, gdy płaciły bankowi inwestycyjnemu Morgan Stanley za promowanie ich produktów. Bank ten zgodził się już zapłacić 50 mln USD za uwolnienie go od zarzutów promowania jednostek aż 16 funduszy w zamian za pobieranie opłat, które nie były ujawniane inwestorom.

Dyrektor wykonawczy SEC Stephen Cutler uważa jednak, że fundusze, które z powierzonych im aktywów płaciły Morganowi Stanleyowi za promocję i marketing, mogą być winne "braku jawności i sprzeniewierzenia". Gdyby im to udowodniono, to SEC może ukarać je grzywną i nakazać zwrócenie poniesionych wydatków akcjonariuszom. Morgan Stanley, dzięki temu, że poszedł na ugodę, nie musiał ani przyznawać się do popełnienia nieprawidłowości, ani też temu zaprzeczać.

Przyszła więc kolej na zbadanie partnerów banku w tych transakcjach. Żaden z nich nie wypiera się kontaktów z Morgan Stanley, bo tego nie da się ukryć, ale wszyscy zapewniają, że nie zrobili nic złego. Fidelity, największy amerykański fundusz zarządzający 906 mld USD, za wszelkie promocje płacił nowojorskiemu bankowi gotówką. Pieniądze te nie pochodziły z aktywów, a inwestorzy o wszystkich płatnościach wiedzieli.

American Funds, trzeci w USA fundusz po Fidelity i Vanguard, zapewnia, że wszelkie jego transakcje z Morgan Stanley, a zawsze było ich mnóstwo, nie miały nic wspólnego z tzw. programem partnerskim banku, w ramach którego pobierał on od firm zarządzających pieniędzmi wyższe prowizje za propagowanie ich funduszy powierniczych. Aktywa tej spółki przekraczają 300 mld USD, a w pierwszych trzech kwartałach jednostki jej funduszy sprzedawały się najlepiej, dzięki czemu wpływy netto sięgnęły 41,7 mld USD. I wreszcie Franklin poinformował, że wszystkie wydatki promocyjne były dokonywane "zgodnie z obowiązującymi przepisami".