Po całej serii dobrych wieści z amerykańskiego rynku pracy, jakie spływały w ostatnich tygodniach, wczorajsze dane o liczbie nowych bezrobotnych nieco rozczarowały. Zamiast oczekiwanych 354 tys. wniosków, było 365 tys. W sumie to niewielka różnica, ale w sytuacji gdy wszystkie, nawet te najlepsze dane makro są już w cenach akcji (o czym świadczy zachowanie indeksów), można się obawiać, że te nieco gorsze mogą stać się katalizatorem spadków. Chociaż, wydaje się, że przed przyszłotygodniowym posiedzeniem Fed, inwestorzy raczej przyjmą postawę wyczekującą.

Od dłuższego czasu nie zmienia się sytuacja techniczna. Pełzająca hossa trwa w najlepsze. Jakość wzrostu z każdym dniem się pogarsza, ale to bykom nie przeszkadza. Dobre dane nie pozwalają bowiem na spadki, a słabnącym dolarem nikt się nie przejmuje. Stąd też, jedyne co się zmienia, to poziom 50- i 100-sesyjnej średniej, których zdecydowane pokonanie (przy odpowiednim obrocie) może oznaczać zmianę trendu. W przypadku indeksu szerokiego rynku S&P500 sygnałem sprzedaży będzie spadek poniżej 1020 pkt. Dla Średniej Przemysłowej Dow Jones analogicznym poziomem jest 9500 pkt.

Pisząc o rynkach światowych należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden czynnik. Mianowicie na środową, druga już podwyżkę stóp procentowych, dokonaną przez Bank Australii (pierwsza była na początku listopada). Może nie tworzy to jeszcze presji na inne banki, EBC i BoA bowiem wczoraj pozostawiły stopy na niezmienionym poziomie, niemniej jednak przypomina inwestorom, że główne banki centralne będą zmuszone takie kroki przedsięwziąć. W dość powszechnej opinii rynku, oczekuje się, że zarówno Fed, jak i EBC będą musiały podnosić stopy procentowe w połowie 2004 roku. Uznając za słuszną teorię, że giełda reaguje z półrocznym wyprzedzeniem, to najpóźniej w styczniu niedźwiedzie powinny śmielej zaatakować. Przekładając to na zachowanie indeksów, można oczekiwać przynajmniej korekty na światowych parkietach, której efektem będzie test 38,2-proc. zniesienia rozpoczętych w marcu br. impulsów wzrostowych.