Aktywa krajów z naszego regionu nie cieszą się wzięciem w ostatnich tygodniach. Węgierskie, rosyjskie, czeskie i polskie akcje wypadają słabo na tle rynków rozwiniętych czy innych emerging markets. Dlaczego?
Jest ku temu kilka powodów. Ich wystąpienie spowodowało, że zagraniczni inwestorzy zaczęli gorzej postrzegać rynki z tej części świata. Doszło do zawirowań na rynku obligacji. Ze względu na problem z deficytem budżetowym inwestorzy zaczęli obawiać się podwyżek stóp w krajach regionu i wyprzedawali papiery skarbowe. Zresztą pierwsza podwyżka stóp już nawet nastąpiła. Węgierski bank centralny podniósł je o 3 pkt proc. Do tego doszły osłabienie walut i spore wahania ich kursów. Swoje zrobiły też październikowe wydarzenia w Rosji, związane z aresztowaniem Chodorkowskiego, które zupełnie przekreśliły pozytywne znaczenie podwyższenia ratingu przez Moody?s. Efektem były zalecenia redukowania pozycji w środkowoeuropejskich aktywach.
Czy uwolniony na Węgrzech kapitał ma szansę trafić do Polski?
Jest to mało prawdopodobne. Oba kraje są podobnie postrzegane, mają zbliżone problemy. Inwestorzy raczej zaczęli bardziej interesować się Słowenią i tam przeniosła się część środków wycofanych z rynku węgierskiego. Zresztą Czechy, Węgry i Polska stanowią dla zagranicznych inwestorów raczej jeden rynek, a nie alternatywne miejsca do lokowania pieniędzy.
Jak Pan zatem postrzega przyszłą koniunkturę na giełdach w Europie Środkowowschodniej?