Ostatnie miesiące dla inwestorów giełdowych nie należały do łatwych. Z punktu widzenia fundamentów, z jednej strony mieliśmy do czynienia z polepszającymi się wynikami spółek giełdowych, z drugiej zaś z kłopotami finansów publicznych i obligacyjną bessą. W tej sytuacji koniunkturę na krajowym rynku akcji trudno było przewidzieć. W przeszłości pomocna w takich sytuacjach okazywała się analiza techniczna. Jak wiadomo, jest to metoda dość subiektywna, a jednak szczególnie w okresie silnych trendów (lata 1999-2002) jej pomoc okazała się nieoceniona. Analizę techniczną stosowali zarówno krótkoterminowi indywidualni gracze, jak i inwestorzy o nieco dłuższym horyzoncie inwestycyjnym (1-3 miesiące). Dla graczy terminowych było to główne narzędzie pomocne przy podejmowaniu decyzji. W tym przypadku sukces był tym większy im większy, zakres mechanicznego zastosowania elementów analizy technicznej. Ponadprzeciętne stopy zwrotu osiągane przez inwestorów w latach 1999-2002 były efektem konsekwentnego stosowania niektórych narzędzi analizy technicznej (teoria Dowa, średnie kroczące), na których często opierały się komputerowe systemy.

Niestety, wydaje się, że okres prosperity bezpowrotnie minął. Silnych trendów jest coraz mniej, mnożą się natomiast "fałszywe wybicia", okresy beztrendzia, przez co stosowane systemy generują mylne sygnały. Pamiętamy doskonale okresy: luty-czerwiec 2002 r., sierpień 2002 r.-maj 2003 r., wrzesień 2003 r. - do dnia dzisiejszego. Wystarczy spojrzeć na indeksy WIG20, WIG, a dostrzeżemy mylne sygnały płynące chociażby z teorii C. Dowa.

Z mojej wieloletniej praktyki wynika, że jest to jedna z najprostszych i zarazem najpewniejszych metod analizy trendu. Niestety, w ostatnich kilkunastu miesiącach nawet ten sposób okazał się zawodny.

Trudno wskazać przyczynę takiego stanu rzeczy. Być może powodem jest zmniejszający się free float i coraz większy udział w obrocie instytucji. Faktem jest, że inwestowanie na GPW dla indywidualnego gracza staje się coraz trudniejsze.