Reklama

To nie będzie łatwy rok

Publikacja: 24.12.2003 09:00

Podczas zeszłorocznej debaty padło stwierdzenie, że nie wolno przespać roku 2003, bo zbyt wiele rzeczy jest do zrobienia w finansach publicznych i gospodarce. Czy to się udało?

Andrzej Raczko: W roku 2003 ziściło się to, na co wszyscy czekali - ożywienie gospodarcze stało się faktem. Natomiast jeśli chodzi o finanse publiczne, to zawsze da się powiedzieć, że można było zrobić więcej. Pewne rzeczy udało się jednak zrealizować - pokazaliśmy diagnozę, czym grozi brak obniżania wydatków budżetowych. Kolejnym elementem jest program Hausnera. Od dłuższego czasu było wiadomo, co trzeba zrobić, ale wdrożenie jest już kwestią determinacji i woli politycznej. Fakt przyjęcia programu jest dlatego taki ważny, że na sprawy reformy finansów trzeba patrzeć nie tylko z punktu widzenia czystej ekonomii, ale także od strony woli politycznej. Taka wola obecnie istnieje.

Grzegorz Wójtowicz: Wzrost gospodarczy w tym roku wyniesie ok. 3,5%. I nastąpi to w połączeniu z równowagą wewnętrzną - inflacja poniżej 2% - oraz zewnętrzną - deficyt na rachunku obrotów bieżących na poziomie 2% PKB. To chyba najlepsza kombinacja w całym okresie transformacji i nie ulega wątpliwości, że zasługuje na pochwałę. Oznacza to, że polityka pieniężna miała nie najgorszy rok. Dość powiedzieć, że cel średniookresowy został wykonany i mamy solidnego złotego ze względnie niskim oprocentowaniem.

Jeśli chodzi o politykę fiskalną, sytuacja wygląda niejednoznacznie. Z jednej strony wreszcie mamy jakiś program. Natomiast pojawiły się problemy z finansowaniem długu publicznego. I najbliższa przyszłość pod tym względem nie jest najlepsza. Skracamy terminy zapadalności, bardziej koncentrujemy się na finansowaniu zagranicznym niż krajowym. Zastanawiamy się nad rozwiązaniami, których skutków nie jesteśmy w stanie do końca ocenić, takimi jak obligacje zmiennokuponowe.

Natomiast najgorzej wypada polityka strukturalna. Pięknie rosną zyski przedsiębiorstw, a nie ma wzrostu inwestycji. Mamy problem bezrobocia i ten problem adresujemy głównie do sektora małych i średnich firm, dla których chyba zrobiliśmy mniej niż trzeba było. A jeśli chodzi o sektory ciężkie, to "problem" wyszedł na ulicę. Czyli polityka strukturalna - do pewnego stopnia rok przespany, polityka fiskalna - rok przebudzenia, a polityka pieniężna - rok czujności.

Reklama
Reklama

Dariusz Filar: Otrzymaliśmy wielki, nieprzewidywalny dar w postaci zmagań dolara i euro na rynku światowym i konsekwencji dla złotego. Nie przespali tego eksporterzy, szansa została wykorzystana. Także w polityce fiskalnej tego roku nie można uznać za rok przespany. Oczywiście, nie wiemy jeszcze, jakie będą rozstrzygnięcia, natomiast wydaje mi się, że dyskusja nad sprawami finansów publicznych osiągnęła taki poziom intensywności, że tak czy inaczej będzie to kiedyś procentować.

Jan Czekaj: Jestem trochę rozdarty, bo znaczną część roku spędziłem w pracy z panem ministrem Raczko i wcześniej z panem premierem Kołodką i przyczyniłem się do tego, co zostało zrealizowane w Ministerstwie Finansów. Też podzielam pogląd, że ten czas nie został zmarnowany. Wypracowane zostały pewne koncepcje. To są sprawy niezmiernie trudne politycznie. Klasa polityczna musi być przez dłuższy czas uświadamiana, że sytuacja jest poważna. Myślę, że ten proces postępuje.

Jeśli chodzi o sytuację ekonomiczną - to też trudno zaprzeczać, że osiągnięcia są, osiągnięcia głównie w odzyskiwaniu przez polską gospodarkę dynamiki wzrostu gospodarczego. I to - na co zwrócił uwagę pan Wójtowicz - odbywa się przy umacnianiu równowagi zewnętrznej. Przecież nie jest sprawą przypadku, że poprawia się i bilans handlowy, i bilans rachunku obrotów bieżących. To już jest tendencja, tym bardziej godna podkreślenia, że odbywa się przy stagnacji u naszych głównych partnerów handlowych. Rośnie eksport, przyspiesza wzrost gospodarczy i jednocześnie spada czy też nie zmienia się poziom importu. To zjawisko zdaje się świadczyć, że polska gospodarka uruchamia rezerwy.Maciej Krzak: Mnie się bardzo podoba ocena pana Wójtowicza. Rzeczywiście, nastąpiło przebudzenie w polityce fiskalnej, choć z dużymi bólami. Mieliśmy tutaj dwie koncepcje - jedna nie dotrwała do końca, a druga ma szanse realizacji. Natomiast, rzeczywiście, przespaliśmy sprawy strukturalne. Widać to choćby po reformie górnictwa, która ma być kontynuowana, choć biorąc pod uwagę, jakim kosztem, pozostaje pytanie o sens. Rząd poszedł bowiem na wszystkie ustępstwa i praktycznie otrzymał tylko zgodę na redukcję wydobycia. Poza tym sztandarowym sektorem mieliśmy praktycznie wszędzie zastój. Rząd dopiero proponuje zręby programów, choćby w przypadku chemii ciężkiej. Sukcesem była niewątpliwie sprzedaż Polskich Hut Stali. Być może to pierwsza jaskółka głębszych przemian w sektorach ciężkich, tych behemotach z poprzedniego systemu. Jednocześnie mamy do czynienia z dużym rozkładem aparatu państwowego. Przykładem jest rozsypująca się służba zdrowia i brak jednolitej koncepcji reform. Są tylko pomysły. Do tego dochodzi niewydolne sądownictwo i nieprzyjazny aparat skarbowy. Choć tu też nastąpiło przebudzenie i mamy projekt ustawy o wolności gospodarczej.

Natomiast chciałbym zwrócić uwagę na jeden element - na pewno nie przespaliśmy sprawy integracji z Unią Europejską. Ważne jest to, że zagłosowaliśmy ,,za'' i wchodzimy w struktury Unii Europejskiej. Jest to krok w kierunku bardziej przejrzystych struktur gospodarczych, bardziej przewidywalnego środowiska makroekonomicznego, nie wspominając już o możliwości wykorzystania pomocy Unii, o ile poradzimy sobie z niewydolną administracją na szczeblu państwowym.

Odnoszę mimo wszystko wrażenie, że z finansami publicznymi nie jest tak dobrze, jak panowie mówicie. Mamy wprawdzie programy, ale są to głównie programy. Los części z nich pozostaje niejasny. Przykładem mogą być cięcia w wydatkach społecznych. I pojawia się problem, który, moim zdaniem, jest kluczowy - czy polski dług publiczny w przyszłym roku przekroczy poziom 55% PKB, co będzie skutkowało koniecznością równoważenia budżetu w 2006 roku ?

Andrzej Raczko: Przyjmuję nieco inny punkt widzenia w sprawie stosunku długu do PKB. Jest to bardzo ważne, że mamy odpowiednie zapisy w ustawie o finansach publicznych i w konstytucji. Jednak ja patrzę na to z punktu widzenia ekonomisty. Chciałbym mieć niski stosunek długu do PKB nie tylko dlatego, że obowiązują ustawy, ale również, a może przede wszystkim dlatego, że jest to zdrowe dla gospodarki.

Reklama
Reklama

Stanowisko Ministerstwa Finansów jest takie - sytuacja nie jest zła, ale wymaga poważnych i stosownych działań. Ze strony rządu wysunięta została dość ciekawa - w moim odczuciu - oferta polityczna. Relacja długu publicznego do PKB będzie groźna dopiero za dwa lata, czyli nie w roku 2004, 2005, ale dopiero w 2006, czyli już po wyborach. Więc w przypadku przekroczenia odpowiednich limitów to nowy rząd odziedziczy konieczność zrównoważenia budżetu, co wtedy będzie praktycznie nie do zrealizowania. A ponieważ nikt nie wie, kto za dwa lata będzie tworzył rząd, w interesie wszystkich racjonalnie myślących i obecnych w parlamencie partii powinno być, abyśmy tę groźbę oddalili. Tym samym wydaje mi się, że jest to rozsądna podstawa do budowy kompromisu politycznego wokół programu Hausnera i jak najszybszego redukowania deficytu budżetowego.

Podkreślam - choć zostało to źle odebrane przez rynki finansowe - że użyliśmy określenia "racjonalizacja", a nie "cięcie" wydatków. Celowo chcę się tego określenia trzymać. Panowie Wójtowicz i Krzak wskazali, że w ostatnim czasie stanęły reformy strukturalne. A to właśnie reformy strukturalne dają możliwość racjonalizacji nieefektywnych wydatków budżetowych, które są olbrzymim obciążeniem dla gospodarki. I od tych zmian trzeba zacząć. Plan Hausnera ma wiele warstw - i socjalną, i strukturalną, i podatkową, które należy szybko wdrażać. I sądzę, że jesteśmy w stanie zbudować konsensus polityczny w tej sprawie.Biorąc pod uwagę to, co się działo w Sejmie podczas prac nad budżetem, trudno dostrzec jakieś porozumienie. Posłowie PO chcieli ciąć 2 mld zł, posłowie koalicji - mniej. Wyglądało to raczej na partyzantkę.

Maciej Krzak: Nas interesuje relacja ekonomiczna, a progi są dla polityków. Mają ich ostrzegać. W rezultacie przekroczenie 55% ma znaczenie dla polityków oraz dla rynków, o ile hołdujemy zasadzie pacta sun servanda, czyli trzymamy się tego, co jest zapisane w ustawach.

Grzegorz Wójtowicz: Pan minister powiedział, że skończyły się możliwości szybkiej prywatyzacji. Można jednak także powiedzieć, że już dawno skończyły się możliwości zwiększania wydatków budżetowych. Mimo tego wydatki narastały i stąd tak wielki problem. Poza tym politycy dopiero w ostatnim czasie uświadamiają sobie, co oznaczają liczby 55% czy 60%. I na tym polega dramat. Dlatego kieruję wyrazy współczucia w kierunku obecnego tutaj ministra finansów.

Ale za przekroczenie 55% zapłacimy nie za dwa lata, ale szybciej. Rynek zareaguje na tę liczbę od razu.

Maciej Krzak: Tak, rynek zareaguje na nią, gdy tylko się ona pojawi. Rynek bowiem od razu będzie wyliczał, jakie dostosowania fiskalne musiałyby nastąpić. Byłyby one rzędu minimum 3%, jeśli nie 5%. A konsekwencje? Groziłoby nam sparaliżowanie aparatu państwowego, który musiałby przestać wydawać. Mielibyśmy skok oprocentowania, osłabienie złotego, impuls inflacyjny, reakcję banku centralnego, pomijając załamanie się wszelkich oczekiwań i w związku z tym głęboką recesję. Wyszlibyśmy z tego za cenę kryzysu - a przynajmniej mam nadzieję, że za cenę kryzysu. Można sobie wyobrazić sytuację, gdy rządy obejmują populiści, którzy robią zamach na rezerwy walutowe kraju albo wpadają na genialny pomysł wyczyszczenia rezerwy rewaluacyjnej.

Reklama
Reklama

Na dane o długu publicznym rynki będą reagowały gdzieś koło lata, gdy będziemy już nieco więcej wiedzieli na temat finansowania państwa w roku 2004 i pojawią się założenia do projektu budżetu na rok 2005. I jeśli w nich pan minister założy, że dług publiczny na koniec 2004 roku przekroczy 55%, to wtedy zacznie się robić niewesoło.

Jednak nie spodziewam się tego. Choć wicepremier Hausner to wykluczył, może sobie wyobrazić przyjęcie w rachunkowości budżetowej zasad Eurostatu. Moim zdaniem, rynki przełkną to bez trudu. Inną możliwością jest wykorzystanie rezerwy rewaluacyjnej na wcześniejszą spłatę zadłużenia zagranicznego. Ta sprawa wróci, gdy pojawi się nowa Rada Polityki Pieniężnej. Wykorzystanie rezerwy rewaluacyjnej, które obniży np. dług publiczny o 1 pkt proc., da rządowi czas na przeprowadzenie reform. Bo je tak czy owak trzeba wdrożyć i to jak najszybciej. I tak jesteśmy już o jeden rok spóźnieni, bo reformy tak naprawdę mają się zacząć w 2005 roku. A to powoduje, że rynki mają do nich mało zaufania. Bo ma je prowadzić rząd niepopularny, mniejszościowy i na dodatek w roku, kiedy mamy i wybory prezydenckie, i parlamentarne.

Sadzę więc, że unikniemy przekroczenia 55%, ale ryzyko jest duże. To nie będzie łatwy rok.

Zarówno poziom długu, jak i poziom eksportu będzie zależeć od kursu złotego. Jaka jest szansa, że utrzyma się tak korzystny kurs, jak ostatnio? Co będzie się dziać ze złotym?

Andrzej Raczko: Słaba waluta działa wprawdzie proeksportowo, ale z drugiej strony, przy rosnącym ożywieniu gospodarczym, powoduje wzrost importochłonności gospodarki i może spowodować impuls inflacyjny. Choć podkreślam, że cieszy mnie sytuacja, kiedy dynamika eksportu jest wyższa od dynamiki importu.

Reklama
Reklama

Grzegorz Wójtowicz: Jesteśmy krajem, który już drugie stulecie jako bardzo modny temat traktuje zależność eksportu od kursu walutowego. Myślę, że trzeba się od tego odzwyczaić. Przestańmy się epatować pewnymi kwestiami, które w gospodarce wyglądają zupełnie inaczej. Proszę zobaczyć, co się stało ze strukturą eksportu. Czym jest żywność? Marginesem. Czym są paliwa i surowce? Marginesem. Co jest trzonem? Trzonem są towary przemysłowe. To, że nie zawsze nowoczesne, to inny temat. Proszę zobaczyć, jakiego psikusa coraz liczniejszej grupie ekonometryków sprawił eksport. Co znaczy rynek niemiecki z jego słabą koniunkturą? Prawie nic, alternatywą okazały się rynki skandynawski, brytyjski, francuski i powrót rynków wschodnich. Co się stało z eksportem, który był realizowany przy wzmacniającym się złotym? Rósł, bo różnica między wzrostem wydajności pracy w Polsce a u naszych partnerów była większa niż aprecjacja, wyjąwszy jeden rok. Teraz kurs pomaga, ale w dalszym ciągu rośnie wydajność pracy.

Nie wypada członkowi RPP, nawet ustępującej, wypowiadać się w zakresie kursu. Natomiast to, co się dzieje w sferze fiskalnej, każe oczekiwać, że zmienność kursu będzie niemała, a przepowiadane wzmocnienie się złotego należy obciążyć znakiem zapytania, przynajmniej na razie.

Nie ukrywam, że pytając o złotego, liczyłem na odpowiedź, czy on wzmocni się, czy może osłabnie...

Grzegorz Wójtowicz: W tym gronie o to trudno, zwłaszcza o jasną odpowiedź.

... zwłaszcza że pojawią się środki z Unii Europejskiej, które trzeba będzie zamienić na złote. Poza tym - także inwestorzy będą musieli kupić złotego, aby kupić trochę obligacji skarbowych. To wskazywałoby na wzrost wartości złotego.

Reklama
Reklama

Andrzej Raczko: Deficyt, który zaplanowaliśmy, wynika w dużym stopniu z kosztów naszego wejścia do Unii Europejskiej. Licząc tylko wydatki budżetu, będzie to 9,5 mld zł, do czego dochodzą operacje związane z prefinansowaniem. Ten koszt stawiał nas przed poważnym dylematem przy konstrukcji budżetu w roku 2004. Mogliśmy zmniejszyć deficyt, nie przewidując odpowiednio dużych pieniędzy na kofinansowanie programów unijnych, czym zwiększylibyśmy ryzyko niewykorzystania szansy, jaką stawia przed nami wejście do Unii Europejskiej. Rząd jednak świadomie opowiedział się za inną opcją - zgadzamy się na większy deficyt po to, aby zapewnić dobre warunki absorpcji środków unijnych. Powstaje tylko pytanie, czy ten scenariusz należy powtarzać w następnych latach? Odpowiedź może być - niekoniecznie. W przyszłości na oszczędności w budżecie może pozwolić zmniejszenie kosztów współfinansowania. Podjęliśmy rozmowy z sektorem bankowym, żeby w większym stopniu pochodziło ono z sektora prywatnego. Sądzę, że gdy nauczymy się odpowiednio grać, to wydatki publiczne związane z Unią Europejską będą płynąć coraz mniejszym strumyczkiem, natomiast dźwignia finansowa, którą będziemy uzyskiwać, będzie coraz większa.

Jan Czekaj: Ja też nie będę prognozował zmian kursu, natomiast możemy mówić o czynnikach, które będą działać w jedną czy drugą stronę. Jeśli więc tendencje w eksporcie będą takie, jak dotychczas, to niewątpliwie będzie to czynnik wzmacniający złotego. Oczywiście, eksport może wzrastać, ale jeszcze szybciej może wzrastać import, co spowoduje pogorszenie salda wymiany zagranicznej. Do tego dochodzą czynniki o charakterze spekulacyjnym. Moim zdaniem, ostatnie perturbacje na rynkach finansowych miały właśnie taki charakter. Jeśli bowiem osiągamy nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących, niespotykaną od wielu lat, a złoty się gwałtownie osłabia, to jest to zachowanie niespójne, przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Poza tym, jakkolwiek nie wiemy, jaką będziemy mieli zdolność absorpcyjną funduszy unijnych, to niewątpliwie należy oczekiwać napływu euro z tego tytułu. Jeśli ta zdolność będzie wysoka, to należy się liczyć z szerszym strumieniem, co odbije się na kursie - będzie działać jako czynnik wzmacniający złotego. Ale jaki będzie ostateczny wynik tych sił i jak się on odbije na kursie, trudno dzisiaj powiedzieć.

Dariusz Filar: Kurs w roku 2003 - taki, jaki się ostatecznie ukształtował - w ogromnym stopniu zależał od relacji dolara do euro. W ostatnim okresie cały czas trzymamy się starego parytetu. Natomiast nastąpiło bardzo wyraźne osłabienie wobec euro, spowodowane relacjami między wspólną walutą a dolarem. I nie ukrywam, że kurs walutowy jest obecnie jednym z najtrudniejszych czynników do prognozowania. Wynika to z ogromnych różnic w prognozach, formułowanych po obu stronach Atlantyku. Amerykanie wciąż wierzą w sukces w Iraku, wycofanie się armii amerykańskiej i przyspieszenie gospodarki USA, co da mocnego dolara gdzieś po pół roku. Europa spodziewa się raczej euro po 1,20 USD. I teraz wybieraj człowieku.

Ciekawi mnie jeszcze jedna rzecz - od maja przyszłego roku będziemy członkami Unii Europejskiej. Zostaniemy poddani większości procedur unijnych, a nasze firmy zostaną wystawione na zwiększoną konkurencję ze strony firm z UE. Czy owo wejście do UE będzie oznaczać dla nas szok, czy też będzie dla nas szansą?

Andrzej Raczko: Szokowa szansa...

Reklama
Reklama

Maciej Krzak: Nasze wejście do Unii Europejskiej nie będzie stanowić dla nas znaczącego szoku - w sensie natychmiastowej reakcji...

Dariusz Filar: Wiele firm mówi, że są już w Unii.

Maciej Krzak: W końcu wysyłamy do unii 70% naszego całego eksportu. O znaczących wzrostach wydajności pracy już mówiliśmy, wzrósł tzw. handel międzygałęziowy - o ile na początku lat dziewięćdziesiątych było to 10%, to obecnie stanowi ponad 50% naszego eksportu. Wszystkie badania pokazują, że nasz udział rośnie, że nasza luka jakościowa się kurczy, że możemy żądać cen, które są coraz bliższe średniej, wyznaczanej przez firmy o znanych markach. Dlatego nie powinniśmy przeżyć kłopotów, zwłaszcza od strony dużych i średnich przedsiębiorstw. Natomiast część firm średnich i małych stoi przed dużymi wyzwaniami, ale widać, że małe firmy ostatnim rzutem na taśmę próbują dokonać dostosowań. Wiąże się to z pozytywnym efektem, jeśli idzie o inwestycje w kraju. Być może będziemy mieli wahania w dziedzinie inwestycji - przed wejściem do UE zaczną one szybko rosnąć, zwłaszcza w małych i średnich przedsiębiorstwach, a potem ten poziom opadnie, bo firmy te się już dostosują.

Andrzej Raczko: Także jestem optymistą. Zgadzam się z panami, że w odniesieniu do firm, które już są w Unii Europejskiej, kłopotu nie będzie. Dla nich wejście do UE będzie oznaczać pewne ułatwienia, bo na przykład zniknie granica. Natomiast jest pytanie, w jakim stopniu firmy małe, operujące tylko na rynku wewnętrznym, będą się w stanie dostosować. Tu występuje pewne ryzyko. Ale cały mechanizm absorpcji środków jest tak skonstruowany, że o ile fundusze unijne zostaną właściwie wykorzystane, umożliwi to łatwy przebieg procesu adaptacyjnego.

Grzegorz Wójtowicz: Wierzę, że eksport nadal będzie się zachowywał dobrze, co wskazywałoby, że stopień adaptacji do warunków panujących w UE jest wysoki i dużych szoków chyba nie przeżyjemy.

Jan Czekaj: Myślę, że będziemy mieli do czynienia z procesem wyrównywania cen między Polską a UE. Obecnie nasze ceny stanowią przeciętnie połowę tego, co w Unii. I nasze wejście musi ten proces przyspieszyć i będzie on oczywiście biegł w jednym kierunku - wzrostu cen u nas. Ten problem będzie ważny z punktu widzenia konwergencji, zwłaszcza wskaźnika inflacji. Dzisiaj w krajach do nas podobnych, czyli Hiszpanii, Irlandii czy Grecji, wskaźniki wzrostu cen są wyższe od zapisanych w kryteriach z Maastricht. Tam jest to około 2,5%, tymczasem w tych krajach, o których wspominałem, jest to przeciętnie ok. 4%.

Ostatnio odnoszę wrażenie, że - jak wynika z prognoz - na razie inflacja nie stanowi problemu...

Jan Czekaj: Jeśli się uda ją ustabilizować. Prowadzenie polityki pieniężnej w najbliższym okresie będzie trudniejsze niż poprzednio...

Grzegorz Wójtowicz: Nie używałbym określeń, że nie stanowi problemu. Stanowi problem dzisiaj rozwiązany. Na jaki czas? Nie wiadomo.

Jan Czekaj: Polityka będzie trudniejsza, ponieważ bardziej delikatnie trzeba będzie operować dostępnymi Radzie instrumentami. Do tej pory RPP była w wygodnej sytuacji - przy zbijaniu inflacji przestrzelenie celu nie stanowiło większego problemu. Tymczasem dzisiaj może to skutkować albo odbiciem inflacji w górę, albo może doprowadzić do zduszenia gospodarki.

Grzegorz Wójtowicz: Jeśli, praca Rady w tej kadencji była wygodna, to w następnej będzie już bardzo wygodna, mówiąc bardziej żartem niż serio.

Mówiąc o inflacji, chciałem powiedzieć, że o ile inflacja wydaje się problemem na razie rozwiązanym, to sporym kłopotem jest to, jaka będzie nowa Rada. Czy należy się jej obawiać?

Maciej Krzak: Na razie nie wiemy, jaka będzie nowa RPP. Znamy tylko kandydatury. Opinia rynku jest taka, że o ile Sejm i Senat mogą mianować osoby, umownie zwane gołębiami, które będą preferować wzrost gospodarczy nawet kosztem inflacji, to kandydaci namaszczeni przez prezydenta będą tonowali te nastroje. Zresztą, wybór dokonany przez Sejm czy Senat też nie jest taki oczywisty. Mirosław Pietrewicz był jedną z osób, które najsilniej krytykowały politykę schładzania gospodarki, a teraz bardzo ostrożnie wypowiada się na temat możliwości cięć stóp procentowych. Z drugiej strony - kąt siedzenia zmienia kąt widzenia, więc członkowie Rady usamodzielnią się w stosunku do swoich politycznych wyborców.

Jan Czekaj: Dzisiaj w dyskusjach z ministrem Raczko czy premierem Hausnerem nie ma kontrowersji. Oni rozumieją, co można, a czego nie.

Dariusz Filar: Minister Raczko zna doskonale rynki finansowe i z tego, co mówi, wynika, że teraz mu zależy przede wszystkim na stabilności i przewidywalności.

Jan Czekaj: Premier Hausner także rozumie, że nie możemy zrobić sztuczki polegającej na tym, że jedną ręką damy, a drugą weźmiemy, a przy okazji narobimy zamieszania na pół Europy.

Grzegorz Wójtowicz: Otrzymaliśmy "prezent", którego trudno się było spodziewać jeszcze niedawno - mówię o przypadku węgierskim. Mam nadzieję, że NBP opracuje studium na ten temat, aby móc się zorientować, do czego prowadzi - generalnie mówiąc - zbyt silny związek polityki pieniężnej z polityką. To wielki "prezent". Polak może być mądry przed szkodą.

Maciej Krzak: Inną rzeczą są warunki, w jakich Rada będzie pracowała. Wzrost gospodarczy przyspiesza i osiąga dość wysokie tempo. W takiej sytuacji nie obniża się stóp procentowych - to elementarz ekonomii. Poza tym będziemy mieli do czynienia z rosnącą presją inflacyjną. Mamy czynnik niepewności, jakimi są ceny żywności, do tego jeszcze kwestia kursu walutowego, jako że osłabienie wobec euro nie przełożyło się jeszcze na inflację. Jest jeszcze kwestia zharmonizowania naszej stopy rezerw obowiązkowych z poziomem obowiązującym w Unii Europejskiej, co oznacza rozluźnienie polityki pieniężnej. Także w powodu dostosowań do regulacji unijnych będziemy mieli rozluźnienie regulacji ostrożnościowych w bankach. Chodzi o zmianę klasyfikacji kredytów nieregularnych. Mówi się, że udział pożyczek nieregularnych spadnie z 20 czy 21% do około 12%. To ogromna zmiana, jeśli chodzi o pozycję banków i ich możliwości pożyczkowe. To zmieni podejście banków do przedsiębiorstw. Banki w przyszłym roku będą brały większy udział w ich finansowaniu, walcząc choćby o udział w rynku.

Grzegorz Wójtowicz: Prowokacyjnie można powiedzieć tak - jeśli jest pole, to do jednej decyzji, którą szybko oceni rynek.

Maciej Krzak: Właśnie tak prognozujemy.

Dariusz Filar: W II kwartale może nastąpić cięcie.

Maciej Krzak: Sądzimy, że będzie to raczej luty lub marzec.

Jan Czekaj: Nowa Rada będzie się najpierw musiała zastanowić, co będzie chciała zrobić. A to się nie stanie z dnia na dzień. Pierwszy raz nowa rada zbierze się w lutym. Na pewno będzie potrzebowała co najmniej miesiąc, żeby sobie wyrobić jakiś pogląd, opracować jakąś strategię działania.

Jakiego wzrostu gospodarczego możemy się w przyszłym roku spodziewać? Będzie to 5%, jak zapisano w budżecie, a może więcej czy może mniej?

Andrzej Raczko: Trzymam się prognozy 5-proc.

Jan Czekaj: Nie podważałbym tych prognoz, które zostały zawarte w budżecie. Okazało się w tym roku, że Ministerstwo Finansów nie jest złe w tych prognozach. O wzroście PKB zdecydują inwestycje. Jeśli ich dynamika zdecydowanie się zwiększy, to jest możliwe przekroczenie tych 5%.

Grzegorz Wójtowicz: Uważam, że lepiej być ostrożnym i przeżyć miłą niespodziankę. Skłaniam się raczej ku prognozom, że wzrost będzie rzędu 4,5%, może trochę większy. Nie przesądzałbym owych 5%. Natomiast inwestycje nadal stoją pod znakiem zapytania. I właściwie od nich zależy to, czy wzrost gospodarczy osiągnie poziom 5%, czy będzie bliżej 4,5%. Natomiast nie sądzę, aby popyt konsumpcyjny ożył w stopniu nadzwyczajnym. I to właściwie dobrze, co wynika z zależności między pogarszającą się równowagą a wzrostem gospodarczym. Trzeba oczekiwać wzrostu inflacji do poziomu 2,7-2,8% pod koniec przyszłego roku, w porównaniu z 1,7-1,8% na koniec tego roku. Czyli inflacja wzrośnie o punkt procentowy i mniej więcej o punkt powiększy się deficyt na rachunku obrotów bieżących.

Dariusz Filar: Nasza prognoza jest niższa niż 5%. Eksport będzie rósł, ale jego dynamika będzie siłą rzeczy niższa niż w roku bieżącym. Nie ukrywam także, że z uwagą patrzę na Stany Zjednoczone i Europę. Kondycja firm jest już lepsza i one na pewno byłyby odważniejsze w inwestowaniu, gdyby dostały sygnał, że rusza gospodarka światowa. Jeśli przyjmujemy ostrożniejszą prognozę inwestycji, to jesteśmy bliżej wzrostu rzędu 4,2 do 4,5.

Jan Czekaj: Jeśli chodzi o inwestycje, to chciałbym zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Jeśli ruszą inwestycje infrastrukturalne, to mogą zdynamizować inwestycje w ogóle. Istotne jest również to, co się stanie z dużymi inwestycjami, o które zabiegamy, jak np. inwestycja firmy Hyundai. To jest wielkość nakładów rzędu 1,2 mld dolarów, które może także wpłynąć na ogólną dynamikę nakładów.

Czego panowie życzyliby gospodarce w przyszłym roku?

Jan Czekaj: Życzylibyśmy, aby te optymistyczne prognozy, które tutaj formułowaliśmy, spełniły się. No i żeby te zagrożenia, o których mówiliśmy, złagodniały w ciągu roku.

Grzegorz Wójtowicz: Myślę, że bardzo ważne jest pytanie o trwałość wzrostu. W tej sytuacji ja życzyłbym gospodarce, aby rok 2005 był nie gorszy niż 2004.

Dariusz Filar: Sądzę, że należy życzyć ukształtowania się warunków, które skłonią przedsiębiorstwa do inwestowania. A na poziomie makroekonomicznym - zachowania takiej równowagi, jaką mieliśmy w tym roku.

Maciej Krzak: W sferze makroekonomicznej - wdrożenia planu Hausnera. Bo myślę, że ambitniejszego planu konsolidacji finansów publicznych nie będzie.

Andrzej Raczko: Realizacji planu Hausnera.

Przed ubiegłymi Świętami Bożego Narodzenia zaprosiliśmy do redakcji PARKIETU znanych ekonomistów, aby porozmawiać o nadchodzącym 2003 roku. Dobiega on teraz końca. Część nadziei, formułowanych przez naszych rozmówców rok temu, się spełniła. Część nie. Również - na szczęście - nie wszystkie zagrożenia, dostrzegane rok temu, się pojawiły.

Przed rokiem o gospodarce mówili:

Grzegorz Wójtowicz, członek Rady Polityki Pieniężnej

- Będzie to zupełnie dobry rok, jeśli idzie o równowagę w gospodarce. Trzeba jasno powiedzieć, że nie ma zagrożeń, jeśli chodzi o inflację. Równowaga zewnętrzna również się utrzyma. (...) Zagrożenie wewnętrzne to przegrane referendum. Zewnętrzne - długotrwała wojna z Iraku.

Maciej Krzak, główny ekonomista Banku Handlowego

- Myślę, że rok 2003 będzie lepszy niż rok 2002. Przede wszystkim będzie lepsze tempo wzrostu gospodarczego. (...) Bałbym się długotrwałej wojny w Iraku i jej skutków dla gospodarki światowej.

Krzysztof Błędowski,

sekretarz Towarzystwa Ekonomistów Polskich

- Spodziewam się bardzo łagodnego odbicia zyskowności przedsiębiorstw. (...) Bałbym się silnych podziałów społecznych i politycznych na tle akcesji.

Jacek Wiśniewski,

kierownik działu analiz i prognoz rynkowych banku Pekao

- Myślę, że rok 2003 przyniesie stabilizację inflacji. Wzrost gospodarczy będzie dwukrotnie większy niż w roku 2002. Jednak tę poprawę będziemy widzieli głównie w danych. Nie sądzimy, aby ludzie znacząco ją odczuli. (...) Bałbym się niespodzianki ze sfery finansów publicznych.

Mateusz Szczurek, główny ekonomista ING BSK

- Największą radość sprawiają prezenty, na którą ma się cichą nadzieję, bo trudno się spodziewać, że się je otrzyma. Do takiej kategorii zaliczyłbym wspaniałe plany reformy finansów publicznych. (...) Bałbym się katastrofy referendum, braku postępów w ograniczaniu wydatków publicznych oraz zmienianiu systemu podatkowego, a także rezygnacji z planu wejścia do unii monetarnej w najbliższym terminie.

Rafał Antczak, ekonomista CASE

- Myślę, że rok 2003 będzie okresem stabilizacji i spokoju. (...) Należy się obawiać, że go prześpimy, zamiast coś zrobić w sferze finansów publicznych czy biurokracji.

W tym roku do debaty na temat, jaki będzie przyszły rok w gospodarce, jakich korzystnych tendencji można się spodziewać w przyszłym roku i czego należy się obawiać, również zaprosiliśmy znanych ekonomistów. Wzięli w niej udziału Andrzej Raczko, minister finansów, Grzegorz Wójtowicz i Jan Czekaj, członkowie Rady Polityki Pieniężnej, Maciej Krzak, główny ekonomista Banku Handlowego w Warszawie oraz Dariusz Filar, główny ekonomista banku Pekao.

Dariusz Filar: Otrzymaliśmy wielki, nieprzewidywalny dar w postaci zmagań dolara i euro na rynku światowym

i konsekwencji dla złotego. Nie przespali tego eksporterzy, szansa została wykorzystana

Maciej Kr zak: Nastąpiło przebudzenie w polityce fiskalnej, choć z dużymi bólami. Mieliśmy tutaj dwie koncepcje - jedna nie dotrwała do końca, a druga ma szanse realizacji. Natomiast, rzeczywiś cie, przespaliśmy sprawy strukturalne

Jan Czekaj: Jeśli chodzi o sytuację ekonomiczną

- to też trudno zaprzeczać, że osiągnięcia są, osiągnięcia głównie w odzyskiwaniu przez polską gospodarkę dynamiki wzrostu gospodarczego

Grzegorz Wójtowicz: Najgorzej wypada polityka strukturalna. Pięknie rosną zyski przedsiębiorstw, a nie ma wzrostu inwestycji. Mamy problem

bezrobocia i ten problem adresujemy głównie

do sektora małych i średnich firm

Andrzej Raczko: W odniesieniu do firm, które już są w Unii Europejskiej, kłopotu nie będzie.

Dla nich wejście do UE będzie oznaczać pewne

ułatwienia, bo na przykład zniknie granica.

Natomiast jest pytanie, w jakim stopniu firmy małe, operujące tylko na rynku wewnętrznym, będą się w stanie dostosować.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama