W przypadku akcji nie sprawdziła się strategia szybkiego sprzedawania papierów, nie przynoszących zysku. Dawaliśmy sobie cztery tygodnie na to, by kurs wzrósł o 10%. W przeciwnym razie pozbywaliśmy się akcji. W kilku przypadkach nie pozwoliło to na wyjaśnienie sytuacji papieru. Następnie okazywało się, że cena zaczyna iść w górę. Statystyka transakcji giełdowych nie wypada źle. 2/3 z dziewięciu przeprowadzonych transakcji przyniosło zysk. Największy wyniósł ponad 30%. Straty nie przekraczały 10%, gdyż w takiej odległości od ceny kupna, a po jej przekroczeniu od maksymalnego kursu, ustawialiśmy zlecenie stop-loss.

Notowania obligacji o stałym oprocentowaniu zatoczyły koło. Jesienią 2003 r. wróciły do poziomu z jesieni 2002 r. Tylko to, że postanowiliśmy się ich pozbyć tuż przed najbardziej dynamiczną falą wyprzedaży uchroniło nas przed stratami na tej inwestycji. Ten rodzaj lokaty okazał się bezpieczny tylko z nazwy.

Decydując się na inwestowanie w amerykańskie akcje, byliśmy świadomi podejmowanego ryzyka walutowego. Początkowo myśleliśmy o zabezpieczeniu naszej pozycji walutowej. Jednak przy tak małej skali działania było to bardzo utrudnione. W efekcie trzymanie dolarów przez ponad rok przyniosło ok. 7% strat, a w relacji do wartości całego portfela ok. 1,5%. Niedobrym pomysłem było trzymanie znacznej części środków w gotówce. Banki oferują sporo możliwości krótkoterminowych lokat, pozwalających na elastyczne zarządzanie zasobami pieniężnymi. W ciągu 13 miesięcy zarobiliśmy niecałe 2,5%. Więcej można było "wyciągnąć" z rynku obligacji, pobiły nas także fundusze inwestujące na zagranicznych rynkach akcji.

Oceniamy, że wyniki portfela nie spełniły dotąd naszych oczekiwań. Dlatego postanowiliśmy zakończyć to przedsięwzięcie w obecnej formule.