Wczorajsza sesja była kolejną, w czasie której zmiany cen na rynku kasowym i terminowym zawdzięczamy głównie graczom parającym się arbitrażem. To ich działania były powodem zwyżki wartości indeksu przed południem oraz jej spadku w drugiej części notowań.

Trwa dyskusja, czy to dobrze, czy źle, że arbitraż ma tak duży wpływ na rynek. Sprawa wydaje się bardziej złożona. Wydaje mi się, że problem nie leży w samym arbitrażu. Trudno ganić inwestorów, że starają się wykorzystać nieefektywność wycen na rynku. Taki jest przynajmniej oficjalny powód rzucania koszyków zleceń na rynek.

Inna sprawa to struktura samego rynku. Wśród uczestników rynku terminowego dominują inwestorzy indywidualni. Ich odporność na zmiany wartości indeksu jest mała. Niemal każdy ruch indeksu jest szybko odzwierciedlany na rynku terminowym, nawet gdy pogłębia to nieefektywność. Przy skokowym wzroście wartości indeksu pojawia się natychmiast kupno na rynku terminowym, pomimo świadomości, że po stronie podaży stoją ci, którzy "podnieśli" indeks. Zadziwiające jest to, że takie sytuacje są na porządku dziennym, a mimo to nadal rynek terminowy nie jest w stanie uodpornić się na te zagrania i daje cały czas okazję do zarobku "koszykarzom".

Wczoraj nie było inaczej. Kursy zawędrowały w okolice szczytów z ubiegłego tygodnia. Nie udało się ich pokonać. Sesja zakończyła się osłabieniem, i to stawia pod znakiem zapytania kolejną próbę ataku na opór. Pocieszeniem dla byków jest fakt, że spadek nie był tak mocny, by pokonać wsparcie w postaci porannej konsolidacji (1693-1605 pkt). To ona na razie trzyma posiadaczy długich pozycji w nadziei na dalsze zyski. Przełamanie tego wsparcia może owocować spadkiem cen poniżej dołka z poniedziałku (1651 pkt).