Jest to możliwe do chwili ustanowienia szczytu przez obligacje. Idące w górę ceny towarów wywołują obawy o zwiększenie presji cenowej i w konsekwencji podwyżkę stóp procentowych. Wraz z odwróceniem trendu na rynku papierów skarbowych otrzymujemy znak, że gospodarka zakończyła okres zrównoważonego rozwoju. Równocześnie rosnąca inflacja napędza ceny towarów (na przykład złoto zabezpiecza pieniądz przed utratą wartości). Akcje wciąż rosną, bo inflacja sprzyja nominalnemu powiększaniu zysków przez przedsiębiorstwa. Zaczynają one jednak odczuwać negatywne efekty podnoszenia się rynkowych stóp procentowych. Koniec hossy na giełdowych parkietach zapowiada dekoniunkturę gospodarczą. W tym okresie spadają też ceny obligacji, bo trwa proces zacieśniania polityki monetarnej. Wzięciem cieszą się tylko towary, gdyż presja cenowa jest największa pod koniec wzrostu gospodarczego. Wraz z rozpoczęciem przeceny towarów cały cykl zamyka się - bessa panuje na wszystkich rynkach.
Odstępstwa od modelu
Ten wzorzec nie zawsze idealnie się sprawdza, raczej podpowiada sposób myślenia o rynkach, przepływach kapitału pomiędzy nimi. Ostatnie lata nie jest łatwo opisać tym schematem. Chodzi przede wszystkim o zależność pomiędzy akcjami i obligacjami. Od modelowego zachowania odbiegają też notowania towarów.
Wszystko dość dobrze działało do końca lat 90. Od 1998 r. akcje i obligacje zachowują się odwrotnie niż w schemacie - ceny poruszają się w przeciwnych kierunkach. W 2000 r. dołek na rynku papierów skarbowych wypadł mniej więcej w tym czasie co szczyt na akcjach. Czasem określa się ten stan sformułowaniem "bubble trend" (bubble można z angielskiego tłumaczyć jako balon lub bańka). Ma on wskazywać, że mamy do czynienia z zachowaniem charakterystycznym dla okresu przewartościowania akcji i przekłuwania spekulacyjnego bąbla. Natomiast towary zaczęły zniżkować pod koniec 2000 r., kiedy okazało się, że znacznego spowolnienia gospodarczego nie da się uniknąć."Przystosowanie" modelu zachowań rynków do obecnej sytuacji jest w efekcie utrudnione. Zauważmy, że towary dołek ustanowiły jeszcze pod koniec 2001 r. Można to wiązać z dość drastyczną deprecjacją dolara oraz zwiększeniem niepewności na rynkach, wynikającym z sytuacji geopolitycznej. To napędzało popyt ze strony inwestorów spekulacyjnych. Natomiast pierwsze oznaki poprawy koniunktury na giełdach można było zaobserwować na jesieni 2002 r. (dołek Nasdaqa oraz indeksu obrazującego koniunkturę na światowym rynku akcji - MSCI AC World Index). Prawdziwy wzrost rozpoczął się na wiosnę ub.r. Trzy miesiące od zwrotu koniunktury na giełdach amerykańskie obligacje ustanowiły szczyt (rentowność dołek) i przyszła gwałtowna korekta. Wciąż jednak nie mamy ostatecznego rozstrzygnięcia - czteroletnia linia trendu pozostaje nie- przełamana. Można to w dużym stopniu wiązać z obniżką wartości dolara. Zmusza ona kraje azjatyckie do interwencji walutowych przeciwdziałających umocnieniu krajowych walut. Za część skupionych na rynku dolarów nabywane są amerykańskie papiery skarbowe. To podtrzymuje ich ceny.
Dwa warianty
W takiej sytuacji można przedstawić dwa scenariusze rozwoju wypadków na rynkach. W pierwszym jesteśmy świadkami początkowej fazy powrotu do "normalności". Oznaczałoby, że czeka nas ostatni etap "upuszczania powietrza" ze spekulacyjnej bańki, jaka powstała w 2000 r. Sekwencja zdarzeń przebiegałaby wtedy następująco. Przecięcie linii trendu i zmiana średniookresowej tendencji na rynku obligacji zbiegłyby się w czasie z ustanowieniem szczytu przez indeksy giełdowe. Towary cieszyłyby się nadal wzięciem. Inwestorzy traktowaliby je jako alternatywę inwestycyjną dla spadających cen akcji i obligacji. Działoby się tak do czasu, aż przekonaliby się, że słabnie koniunktura gospodarcza i przyszły popyt na towary obniży się. Przejście rynków przez fazę ich jednoczesnego spadku przewrotnie byłoby pozytywnym znakiem, zapowiadającym w dalszej perspektywie nadejście prawdziwej hossy na giełdach.