Najbardziej optymistyczną prognozę sformułował rząd kanclerza Schroedera. Są w niej więc zapewne elementy propagandowe. Zwłaszcza że opublikowano ją przed ostatecznym przyjęciem przez parlament pakietu sześciu ustaw, mających stymulować przyspieszenie gospodarcze.
Ustawy to pierwszy krok w realizacji programu o nazwie Agenda 2010. Jego celem jest radykalne zmniejszenie wydatków budżetowych na cele socjalne i zachęcenie Niemców do cięższej i bardziej wydajnej pracy. W procesie wytwarzania dochodu narodowego Niemcy wyraźnie ustępują bowiem na przykład Stanom Zjednoczonym, a jednocześnie opiekuńcza rola państwa jest tam niesłychanie rozbudowana. Gdy do tego doszły gigantyczne koszty zjednoczenia Niemiec, okazało się, że bez zmian tamtejsza gospodarka dłużej nie pociągnie.
Spadek poparcia
Globalne spowolnienie gospodarcze na początku obecnej dekady zepchnęło Niemcy w recesję. A to szybko przełożyło się na preferencje elektoratu. Już wybory z września 2002 r. koalicja SPD i Zielonych wygrała przewagą najmniejszą od zakończenia II wojny światowej. Według najnowszych sondaży, partie rządzące mogą liczyć na poparcie 25% wyborców, podczas gdy na opozycję gotowa jest głosować prawie połowa Niemców.
W tej sytuacji kanclerz Schroeder nie mógł dłużej czekać i ogłosił pakiet reform, które miały radykalnie przyspieszyć wzrost gospodarczy. Z jednej strony zapowiedział obniżenie podatku dochodowego, by zachęcić konsumentów do zwiększenia wydatków. Spowodowałoby to jednak zmniejszenie wpływów do budżetu o 15,6 mld euro. Z drugiej strony - by nie dopuścić do znacznej rozbudowy deficytu, i tak już przekraczającego limity obowiązujące w europejskiej unii walutowej - kanclerz zaproponował zmniejszenie wydatków socjalnych i podniesienie akcyzy na wyroby tytoniowe, a także amnestię podatkową dla tych, którzy ukryli dochody za granicą.