Ciężko jest być znanym człowiekiem. Nie wiadomo bowiem dlaczego, ale ludzie mają zwyczaj zapisywać i zachowywać we wdzięcznej pamięci wypowiedzi tegoż człowieka. Jeszcze pół biedy z aktorami czy piosenkarkami. W końcu co sezon pojawiają się nowe, znane postacie na tym rynku - i nowe wypowiedzi wypierają stare. Poza tym, ci ludzie często zmieniają zdanie. Przed premierą filmu mówią o najlepszej roli, potem, po klapie okazuję się, że grali źle, bo reżyser ich źle prowadził. Jednak o wiele gorzej ma mąż stanu. Ci - jak wiadomo - w pamięć zapadają głębiej. I słowa zapamiętuje się dokładniej.
Można się sprzeczać, czy Leszek Miller jest mężem stanu. Ale z grubsza można go do tej kategorii zaliczyć - bo a) jest mężem, b) jego wypowiedzi się zapamiętuje. Wystarczy zapytać byle przechodnia o to, co definiuje prawdziwego mężczyznę (to, jak kończy, a nie jak zaczyna), by uzyskać właściwą odpowiedź. Inna sprawa, że premier robi co może, aby doszlusować do kategorii aktorów i piosenkarek. A to rzuci, że nie będzie już wymieniał ministrów, a potem zmienia zdanie. A to obieca, że zrobi przedterminowe wybory, a potem uściśli, co oznacza słowo "przedterminowe". Szkoda to wielka, bo czasem premier mówi rzeczy ważkie i płynące z jego osobistych doświadczeń.
Ot, choćby podczas wydarzenia medialnego pod tytułem "Rząd przyjmuje plan Hausnera" Leszek Miller odpowiadał na pytanie, co będzie, gdy opozycja nie poda ręki rządowi i program oszczędności odrzuci.
- Wtedy za 2-3 lata będzie gorzej - i w państwie, i w każdej polskiej rodzinie - mówił głęboko zafrasowany premier. - I wtedy nowy rząd powie - szkoda, że nie poparliśmy planu oszczędności. Szkoda, że nie poparliśmy wtedy rządu Millera.
Jak ktoś myśli, że to szopka i zwykłe gadanie polityka, który stara się przetrwać jeszcze parę miesięcy, to się myli. Mniej więcej dwa i pół roku temu o to samo, czyli pomoc w naprawie finansów publicznych, apelował do posłów opozycji Jerzy Buzek, ówczesny premier. Co usłyszał?