Wczorajsza sesja była kolejną, w czasie której bykom wpadło trochę grosza. Przyznam jednak, że tempo tej zwyżki robi się już, moim zdaniem, niebezpieczne. To nie jest spokojny wzrost, ale wręcz pogoń za rynkiem. Płytkie korekty nie pozwalają nabrać oddechu, a wybicia po nich są dynamiczne. Rynek jest silny, to nie ulega wątpliwości. Warto jednak pamiętać, że im szybsze tempo zwyżki, tym krótszy czas jej trwania.

Poniedziałkowa sesja zakończyła się dokładnie na linii łączącej styczniowe szczyty. Jej pokonanie miało otworzyć drogę do dalszej zwyżki. We wtorek notowania zaczęły się już nad wspomnianą linią i przez całą sesję nie zeszliśmy nawet na tyle, by ją przetestować. Do 15.00 notowania mieściły się w przedziale 20 pkt. Mieliśmy korektę, a faktycznie przystanek we wzroście. Każda próba ataku podaży błyskawicznie była gaszona przez popyt. O 15.00 jasne było, że ta korekta już głębsza nie będzie. Kto chciał jeszcze coś kupić, musiał się szybko decydować. Kwadrans później spóźnialskim pozostało już tylko gonić pędzące w górę ceny. Na terminowym obserwowaliśmy ucieczkę posiadaczy krótkich pozycji. Końcowy fixing to już euforia kupujących i panika niedźwiedzi. Zostało też uruchomionych część stopów ustawionych nad szczytem z 2 września ubiegłego roku.

Sesja zakończyła się nowym maksimum całego wzrostu trwającego już od 11 miesięcy. Rekord został poprawiony o 3 pkt, więc jeszcze trudno mówić o przebiciu szczytów. Indeksowi zabrakło 8 pkt do analogicznego wyczynu. Optymizm potwierdza też wielkość bazy, która jeszcze niedawno było ujemna, a na wczorajszym zamknięciu wyniosła ponad 35 pkt. Pamiętajmy jednak, że by myśleć o dalszych zwyżkach, rynek musi nieco ochłonąć. Inaczej spali się jak sucha szczapa - gwałtownie, ale krótko.