Sesja na GPW była dość nietypowa, jak na notowania w dniu amerykańskiego święta. Do tej pory wyglądało to bowiem tak, że przez większą część sesji był marazm, a na koniec kilka funduszy, korzystając z niskiej płynności, podciągało rynek, poprawiając wyceny jednostek. Co w takim razie było wczoraj nadzwyczajnego, skoro przebieg sesji to właśnie początkowy marazm i bardzo silna końcówka? Inna była skala obrotów w czasie wzrostu.

Wybicie z kilkugodzinnej konsolidacji to nie zwyczajowe w takie dni koszyki zleceń, arbitraż czy pojedyncze małe transakcje na kluczowych spółkach. Rynek w górę wybiło bardzo silne kupno, które poszło na szeroki rynek i trwało do samego końca sesji. Obroty w ostatnich dwóch godzinach handlu były prawie dwukrotnie większe od dotychczasowej konsolidacji. Takie płytkie korekty i świetne zachowanie rynku, bez żadnego impulsu z giełd zachodnich, potwierdzają tylko, że na razie na parkiecie rządzą byki, a na dzisiaj szykuje się walka ze szczytami.

Ta demonstracja niezależności od giełd zachodnich jest obecnie dla rynku bardzo korzystna. Jak wcześniej pisałem, w Stanach zapowiada się do końca lutego przynajmniej zatrzymanie wzrostu, a na ewentualną korektę fundusze amerykańskie zupełnie nie są przygotowane. Zresztą, kto jej się teraz spodziewa, gdy od miesięcy nie było dwucyfrowego spadku? Gotówka w funduszach na początku roku (ostatnie dane) stanowiła jedynie 4,3% portfela, a to oznacza, że w ostatnich 30 latach niższy udział był tylko w wyjątkowo pamiętnym marcu 2000 r. (4,0%). Zarządzający napchali portfele akcjami i są chyba trochę zbyt pewni wzrostów, w czym wtórują im drobni inwestorzy, już od 15 tygodni systematycznie wpłacający nowe miliardy do funduszy akcji. Taka jednomyślność rzadko dobrze się kończy.