Reklama

Wydawajmy pieniądze, ale już tylko własne

Człowiek, a więc również przedsiębiorca, a nawet polityk, przyzwyczaja się do stałego zagrożenia, jak żołnierz do wybuchów. I podświadomie dochodzi do wniosku, że jeżeli nic mu się nie stało do tej pory, mimo długiego okresu zagrożenia, to ryzyko postrzału maleje

Publikacja: 18.02.2004 09:02

Powiało grozą. Wystarczyło wzmocnienie trendu spadkowego złotego do euro i niejasna perspektywa wdrożenia planu oszczędnościowego dla budżetu, żeby w dyskusjach pojawiły się akcenty argentyńskie. Poprzednio dominowały raczej optymistyczne zapewnienia, że przecież wchodzimy do Unii, że eksport motorem gospodarki, że 5% wzrostu w 2004 roku, że niższe podatki dla przedsiębiorców, że kolejne kilometry autostrad i że w ogóle kraj nasz jest rozsądny. Były tam biadolenia o negatywnym bilansie przepływów z Unią Europejską w pierwszych latach po wstąpieniu, o rosnącym długu publicznym, dziurze budżetowej, stale wysokim bezrobociu, zagrożeniu inflacyjnym, ale nie przekraczały one średniej z ostatnich kilku lat. Zresztą średnia narzekań została wyniesiona dość wysoko już w roku 2001, kiedy coraz trudniej było zasypywać dziurę budżetową przychodami z prywatyzacji.

Tak oto w powszechnej świadomości nie czuło się zagrożenia większego niż w latach poprzednich. Tu tkwi chyba paradoks ludzkiej psychiki. Człowiek, a więc również przedsiębiorca, a nawet polityk, przyzwyczaja się do stałego zagrożenia, jak żołnierz do wybuchów. I podświadomie dochodzi do wniosku, że jeżeli nic mu się nie stało do tej pory, mimo długiego okresu zagrożenia, to ryzyko postrzału maleje. Teoria prawdopodobieństwa wskazuje jednak, że im dłużej trwa niebezpieczeństwo, tym łatwiej o wypadek, chociaż są tacy, którym nic się nie stanie aż do śmierci.

Jest jednak taki moment, kiedy wahadło przechodzi na drugą stronę i raz uświadomione zagrożenie staje się realne. Na umysły działają przede wszystkim znane już przykłady, od których przechodzą ciarki po plecach, a nie jakaś tam teoria, że jak spada kurs walutowy, rośnie eksport i maleje import, to potem rośnie też inflacja, maleje konkurencyjność gospodarki, co skutkuje niższym wzrostem PKB, powodującym w naszych warunkach utrzymanie się lub nawet wzrost bezrobocia. Wszystko to połączone z niezrównoważonym budżetem powoduje wzrost stóp procentowych skutkujący malejącą aktywnością gospodarczą, spadkiem inwestycji, dekapitalizacją majątku, ujemnym saldem w bilansie płatniczym, które wpływają na spadek kursu złotego i ucieczkę kapitału zagranicznego.

Takiego bełkotu nikt nie rozumie. Kolejki w banku w Buenos Aires po wypłatę topniejących oszczędności i wściekli bezrobotni oraz nieopłacani pracownicy rzucający kamieniami - to już wiadomo o co chodzi. Dopóki jednak zarabia się tysiąc dolarów, a nie dziesięć, jest nadzieja, że jakoś będzie. Dlaczego oszczędzać akurat w tym roku, a nie w przyszłym, po co odbierać biednym, jak można bogatym, nie zabierać służbie zdrowia, szkolnictwu, przedsiębiorcom, pracownikom najemnym, emerytom i młodzieży. Utrzymana musi być obronność kraju, szczególnie potrzebne są samoloty wielozadaniowe i transportowe. Przydałby się też chociaż jeden nowy helikopter. A czy Polska byłaby Polską bez inwestycji w ochronę środowiska oraz milionów rent inwalidzkich? To tak samo, jak niemożliwe jest utrzymanie ducha germańskiego na ziemiach niemieckich bez darmowego dostępu do leków.

Szczęśliwy to kraj, w którym nikt już nie kupi szamponu do włosów bez refundacji. A czy Francja byłaby taka słodka, gdyby pracownicy nie mieli tam prawa do 43 dni urlopu, 15 przedłużonych weekendów i strajku co kwartał plus czterogodzinnej przerwy obiadowej? Argentyńczykom trzeba było aż kilkudziesięciu lat beztroski i głupich rządów, a i tak nie zrozumieli. No, ale nie znali jeszcze dobrze przykładu Argentyny. My to już widzieliśmy w telewizji. Widzieliśmy też dumną Koreę, która straciła w ciągu kilku tygodni 30% dochodu narodowego, a jej koncerny i grupy przemysłowe musiały przejść pod zarząd komisaryczny wspólnoty międzynarodowej. Patrzyliśmy też ze zgrozą na Rosję w roku 1998, której gospodarka zwinęła się jak domek z kart i potrzebowała wielu lat, żeby za pomocą wysokich cen surowców zbudować kolejną fortecę na ruchomych piaskach.Na co więc czekać w reformowaniu systemu finansowego państwa? Czy tak trudno zauważyć, że nasza zliberalizowana już gospodarka jest podatna na spekulacyjne przepływy kapitału, które w ciągu kilku dni mogą zmienić kursy walutowe i indeksy giełdowe? Tu nie ma miejsca na jakieś dywagacje o strategii gospodarczej do roku 2010 i wizje programowe.

Reklama
Reklama

Jak więc uniknąć bankructwa godnego Argentyny, a dalej kupować sobie różne przyjemności? Na to odpowie każdy konsument o słabej woli, korzystający z lichwiarskiego kredytu i lombardu za rogiem. Po prostu bardziej już się nie zadłużać. Trzeba najpierw zarobić.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama