Coraz mniej wątpliwości nastręcza interpretacja wykresów amerykańskich rynków. Chodzi szczególnie o segment technologiczny, który na wartości traci od pięciu sesji. Wczoraj po słabym początku pojawiła się szansa na przerwanie złej passy. Niestety, w efekcie poniedziałkowej zniżki poprawy notowań nie można interpretować inaczej jak odreagowanie po przebiciu dołka z początku miesiąca. Jednocześnie jego przełamanie potwierdza hipotezę, że kilkusesyjny wzrost z pierwszej połowy lutego stanowił ruch powrotny do linii trendu, biegnącej po minimach z marca i grudnia ub.r. W tej sytuacji najbardziej prawdopodobne jest przełamanie bariery 2 tys. pkt i dalszy spadek, nawet w okolice 1650 pkt.
W trendzie bocznym pozostaje S&P 500. Tu wciąż czekamy na test 1127 pkt. Sukces sprzedających oznaczałby powstanie wierzchołkowej formacji, zapowiadającej średniookresowe pogorszenie nastrojów.
Dwumiesięczną konsolidację opuścił wczoraj dołem DAX. W jego przypadku mamy do czynienia z silnym sygnałem sprzedaży. W konsekwencji indeks powinien niedługo znaleźć się przy 3,8 tys. pkt. Wyraźna negatywna dywergencja na tygodniowym histogramie MACD ostrzega, że trzymanie niemieckich akcji jest bardzo ryzykowne. Trend może odwrócić się nagle, a zniżka może być gwałtowna. Warto też odnotować, że DAX znajduje się zaledwie 3,9% poniżej tegorocznego szczytu co pokazuje, że przez ostatnie dwa miesiące indeks w zasadzie stał w miejscu. Wrażenie o trwającej hossie było nieco mylne. W efekcie wczorajszej zniżki kupujący akcje przez dwa ostatnie miesiące zaczęli ponosić straty. Pojawienie się negatywnych wiadomości może skłaniać do ich pozbywania się.
Coraz wyraźniej widać realizację zysków na rynkach wschodzących. Zaczęło się od Brazylii, potem przecena dotknęła Argentynę, w ostatnich dniach w dół idzie meksykańska giełda, która najdłużej opierała się zniżce. Pogorszenie klimatu inwestycyjnego wokół emerging markets nie jest dobrym znakiem dla warszawskiego parkietu w sytuacji gdy spora część inwestorów oczekuje powrotu do nas zagranicznego kapitału.