Prawnik byłego prezesa NYSE - Brendan Sullivan - napisał w liście do giełdy nowojorskiej, że "Richard Grasso nie ma zamiaru zwracać ani trochę z kwoty wynagrodzenia, które otrzymał na NYSE" i zapewnił, że żaden powód nie zmusi go do zmiany tego zdania. To odpowiedź na list wysłany w tym miesiącu przez tymczasowego prezesa nowojorskiej giełdy Johna Reeda, do którego dotarł "Financial Times". Zaapelował w nim, aby Richard Grasso zwrócił pobrane już 120 mln USD. Brendan Sullivan dodał natomiast, że Richard Grasso będzie domagał się od giełdy ok. 50 mln USD, które wciąż mu jest winna.
Koronnym argumentem prawnika w walce z giełdą jest fakt, że tak wysokie wynagrodzenie przyznała Grasso świadomie ówczesna Rada Dyrektorów NYSE, w skład której wchodzili członkowie zarządów potężnych spółek, wynagradzani znacznie sowiciej niż prezes nowojorskiej giełdy. W grupie tej znajdowali się szefowie takich koncernów, jak Bear Stearns, Lehman Brothers, Merrill Lynch, Goldman Sachs, AOL Time Warner, DaimlerChrysler i Ford.
Prawnik ostrzegł też, że będzie się domagał w sądzie dodatkowej rekompensaty od NYSE za narażenie Richarda Grasso na utratę dobrego imienia. Wspomniał przy okazji, że John Reed, gdy pracował w Citigroup, otrzymał w opcjach aż 287,5 mln USD, a obecny dyrektor generalny NYSE John Thain podczas pracy w Goldman Sachs zarobił na premiach aż 300 mln USD.
- Nie należy też zapominać, że w latach 90. kapitalizacja NYSE rosła bardzo szybko. To z pewnością częściowa zasługa ówczesnego szefa, czyli Richarda Grasso - dodał Sullivan.