LSE rozpoczęła "walkę o Amsterdam" w końcu ub.r. Wówczas zaproponowała dla tamtejszych uczestników rynku tańsze opłaty za handel holenderskimi spółkami, jeśli tylko skorzystają z jej oferty. LSE deklarowała, że od marca br. ruszy handel walorami 48 największych holenderskich firm w systemie ciągłym. Aby skusić potencjalnych partnerów, każdy, kto zdecyduje się na współpracę do 5 marca, nie będzie musiał uiścić wstępnej opłaty członkowskiej. Prowizje od transakcji mają być o ok. 40% niższe niż na Euronext.

Według informacji "Financial Times", umowę z LSE zawarły wszystkie banki mające siedzibę w Londynie, które handlują w Amsterdamie. Odpowiadają one za ponad 40% transakcji zawieranych na tamtejszej giełdzie. Ale ponadto Brytyjczykom udało się też zawrzeć umowę z ok. 14 bankami i biurami maklerskimi z Holandii.

Inicjatywa LSE związana z amsterdamską giełdą to pierwszy tak poważny krok w rywalizacji z rynkami z kontynentalnej Europy przynajmniej od 20 lat. Obiektem ataku jest Euronext, sojusz giełdowy, w skład którego oprócz Amsterdamu wchodzą rynki z Paryża, Brukseli i Lizbony. Oficjalnie Euronext bagatelizuje sprawę. - Nie boimy się konkurencji. Będziemy najtańsi dla inwestorów. Zmieniamy system pobierania opłat - mówił w końcu ub.r. George Moeller, dyrektor Euronext ds. operacyjnych. Nic takiego na razie jednak się nie stało. Wczoraj Rolande Bellegarde, odpowiedzialny w Euronext za rynek kasowy w Europie, bagatelizował sprawę, twierdząc tylko, że: bacznie obserwujemy poczynania konkurencji, ale nie obawiamy się ich na tyle, by podjąć jakieś działania. Podkreślił, że LSE to nie jedyna instytucja, która chce odebrać Euronext obroty w Amsterdamie. Podobnie uczyniła giełda terminowa we Frankfurcie, uruchamiając handel papierami z Holandii, ale odebrała ona Euronext zaledwie 1% obrotów.

Nieoficjalnie jednak przedstawiciele sojuszu oskarżali LSE o nieuczciwe praktyki. - Gdyby LSE była firmą produkcyjną, wówczas mogłaby być oskarżona o dumping - powiedział jeden z nich gazecie "Financial Times".