Platforma Obywatelska odmówiła poparcia całego rządowego programu reformy finansów publicznych. Liderzy PO stwierdzili, że reforma jest "pozorna", niewystarczająca w stosunku do rozmiarów problemów w sektorze finansów publicznych i nie jest w stanie zlikwidować ryzyka przekroczenia przez dług publiczny progu 60% PKB. Jednak ważna linia krytyki opierała się na stwierdzeniu, że "plan się zmienił" - zmieniła się (zmniejszyła) kwota oszczędności w części socjalnej i administracyjnej. A stało się tak rzekomo dlatego, że w ciągu kilku miesięcy wzrosło w planie Hausnera znaczenie dochodów, kosztem wydatków. W tym samym tonie wypowiedział się kilka dni temu na tych łamach Marek Zuber ("Planu Hausnera odsłony trzy"). Napisał on, że "gruntowne przeanalizowanie danych pokazuje, że cała reforma w znacznej mierze opiera się na zwiększeniu wpływów do budżetu". Oczywiście, jest to prawda, tylko że takie same wnioski można było wyciągnąć z "gruntownej analizy" już kilka miesięcy temu.
Należy podkreślić, że fakt, iż znaczna część oszczędności w rządowym pakiecie pochodzi z wyższych dochodów był znany już w październiku (dla uważnych czytelników rządowych dokumentów). Dlatego jest zaskakujące, że według niektórych obserwatorów była to najistotniejsza zmiana w planie Hausnera. W ciągu kilku ostatnich miesięcy w planie Hausnera nastąpiły dwie istotne zmiany - zaniechanie zmiany zasad waloryzacji w tym roku oraz zwiększenie obowiązkowych składek na ubezpieczenia społeczne od przedsiębiorców. Są to niewątpliwie dwie negatywne zmiany i należy o nich mówić głośno, bo wciąż jest szansa (w drugim przypadku), aby to zmienić, a oszczędności znaleźć gdzie indziej (choćby w administracji). Jednak innych ważnych zmian nie było i już od października wiadomo, że rząd chce "zaoszczędzić" kilka ładnych miliardów zł na dalszym poszerzeniu bazy podatkowej, wyższych dochodach związanych z restrukturyzacją PKP, ZOZ czy górnictwa. W najnowszych dokumentach przedstawiono założone kwoty oszczędności w sposób bardziej przejrzysty i zrozumiały, wyodrębniając oszczędności wynikające z ograniczenia wzrostu wydatków w finansach publicznych oraz "oszczędności" pochodzące z podwyższenia poziomu dochodów w kolejnych latach. Ale czy naprawdę dopiero takie łopatologiczne przedstawienie tabelek z oszczędnościami otworzyło oczy niektórym czytelnikom?
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie jestem zagorzałym zwolennikiem planu Hausnera. To zbyt mała i zbyt późna próba naprawy finansów publicznych. Nie zapewnia ona (choć nieco zmniejsza prawdopodobieństwo), że polski dług publiczny nie przekroczy wkrótce kolejnych progów bezpieczeństwa. Co więcej, proponowane zmiany w finansach publicznych mogą nie być trwałe ze względu na duży nacisk położony na stronę dochodów, a nie wydatków. Problem jednak w tym, że jest to jedyny dostępny dziś projekt próbujący ustabilizować sytuację w finansach publicznych. Projekt, w którym wbrew licznym wypowiedziom, nie nastąpiły istotne (oprócz dwóch wspomnianych) rozwadniające zmiany, a zakres, w jakim "oszczędności" pochodzą z wyższych dochodów znacząco się nie zmienił. Tak więc, jeśli ktoś chciał właśnie za to krytykować plan Hausnera, mógł to zrobić już kilka miesięcy temu. Krytyka dotycząca skali oszczędności po stronie dochodowej, która przedstawiana jest często w ostatnich dniach w polskich mediach, przypomina odgrzewanie starych kotletów.