Analiza piątkowej sesji wskazywała na możliwość wystąpienia dołka, przynajmniej lokalnego. Znaczny obrót spółkami wchodzącymi w skład indeksu - wynoszący przeszło 500 mln - oznaczać mógł "wybranie podaży". Jednak pierwsza sesja tygodnia nie przyniosła większego odreagowania. Z powodu słabości zagranicy i niepokojów politycznych w Polsce nie pojawił się popyt, który byłby w stanie podnieść ceny akcji. Z drugiej strony deszcz podaży, który był w piątek prawdziwą ulewą, w poniedziałek był już tylko kapaniem ostatnich kropli.
Skoro nie nastąpiło odbicie, to nie znaczy, że się już nie pojawi. Fala strachu, która przeciągnął przez giełdę, największe szkody spowodowała w sektorze, napompowanych ostatnio, spółek spoza głównego indeksu. Ten segment charakteryzuje zachowanie stadne. Do niedawna gościła tam euforia, która zmieniła się szybko w panikę. Po ostatnich doświadczeniach rynek ten nabierze już nieco dojrzalszego charakteru. Beztroskie kupowanie przeszło na razie do historii. Wprawdzie można liczyć na odbicie, lecz na nieco wyższych poziomach będzie oczekiwać już podaż. Dlatego w wykresach spółek pojawiać się zaczną kliny, trójkąty i inne tego typu formacje.
Jeśli chodzi o sam indeks - wsparcia nie są daleko - 1700, 1680, 1660 pkt. Wobec tego dno może wypaść właściwie wszędzie. I właściwie dlaczego nie teraz? Po odreagowaniu czeka nas przynajmniej dwa tygodnie trendu bocznego. To wszystko pod warunkiem nie wystąpienia nowych impulsów do sprzedaży w stylu "rebelia w SLD", "atak terrorystyczny", "zmiana premiera". Te się już zdewaluowały i musiałyby pojawić się całkiem nowe i robiące odpowiednie wrażenie. Tymczasem rośnie produkcja przemysłowa. Firmy na razie nie zwiększają zatrudnienia, lecz wkrótce zaczną to robić, bo stanu przepracowania zatrudnionych nie można zbyt długo przeciągać. Wreszcie wchodzimy do Unii i rozpoczyna się gorączka robienia biznesu na rozległym unijnym rynku. A koszty produkcji są w Polsce znacznie niższe.