- Mamy świadomość, że strajk uderza ekonomicznie w PKP - oświadczył wczoraj szef kolejarskiej "Solidarności" Stanisław Kogut. - Nie możemy jednak pozwalać rządowi na doprowadzenie do upadłości PKP - dodał.
Według zapowiedzi kolejarzy, strajk może się rozpocząć jeszcze przed Wielkanocą na pewno jednak nie obejmie samych świąt. Rząd tymczasem liczy na rozmowy z kolejarzami w Komisji Trójstronnej. Zapowiada również dyskusję nad alternatywnym programem restrukturyzacji, popieranym przez NSZZ - ale dopiero po 1 kwietnia.
Chociaż bezpośrednią przyczyną konfliktu była spółka PKP Przewozy Regionalne, która wycofała z rozkładu jazdy 251 nierentownych pociągów, problem tkwi w samej koncepcji reformy kolei. Związkowcy twierdzą, że resort infrastruktury chce doprowadzić do upadłości spółkę PKP PR. Wśród działań na szkodę tej firmy, związkowcy wymienili niedostosowanie rozkładu jazdy do potrzeb podróżnych. Związkowcy utrzymują ponadto, że rząd z premedytacją wstrzymuje wypłatę 550 mln dotacji celowej na przewozy regionalne, zapisanej w tegorocznym budżecie. - Rządzący zdają sobie sprawę, że procesy inwestycyjne, które mogły być realizowane z tych pieniędzy, wymagają czasu. Kiedy środki zostaną uruchomione zbyt późno, nie będzie można ich wykorzystać - powiedział Leszek Miętek, rzecznik Komitetu Protestacyjno-Strajkowego.
Te podejrzenia akurat się potwierdzają. Wiceminister infrastruktury Maciej Leśny oświadczył wczoraj, że na inwestycje trafi jedynie 200 mln zł, reszta będzie stanowić "rezerwę" na przyszłość. - I tak nie ma szansy na realizację tak dużych przedsięwzięć w tym roku, producenci taboru nie podołaliby im - stwierdził wiceminister.