24 kwietnia Grecy z południa i Turcy z północy Cypru zdecydują, czy chcą się zjednoczyć i razem w maju przystąpić do Unii Europejskiej. Ci pierwsi mają jednak ten komfort, że niezależnie od wyników głosowania i tak wejdą do Wspólnoty. I skorzystają ze wszystkich przywilejów z tym związanych. Jeśli doszłoby do zjednoczenia, strumień pieniędzy z unijnej kasy najprawdopodobniej popłynąłby przede wszystkim ku południowej części wyspy. Z tego powodu, że poziom życia w greckiej części Cypru jest pięciokrotnie wyższy aniżeli w tureckiej. PKB na mieszkańca na południu wyspy wynosi ponad 15,2 tys. euro rocznie, gdy na północy nie przekracza 4 tys. euro. Po południowej stronie granicy, zabezpieczanej obecnie przez wojska ONZ, gospodarka, wcześniej rozwijająca się w średnim tempie 5,5% na rok, w ostatnich latach lekko spowolniła. Wiązało się to z globalną dekoniunkturą w branży turystycznej, która stanowi jedną z najważniejszych gałęzi. Każdego roku grecki Cypr odwiedza ponad 2 mln turystów.
Jeśli Grecy cypryjscy, których jest 715 tys. (ponadtrzykrotnie więcej niż Turków) zagłosują tak, jak deklarują w sondażach, wynik wydaje się przesądzony. Badanie przeprowadzone na zlecenie jednej ze stacji telewizyjnych pokazało, że aż 74% Cypryjczyków z greckiej części nie chce zjednoczenia wyspy na obecnie proponowanych warunkach.
W takim przypadku na cypryjskim referendum najwięcej może zyskać Turcja. Zgoda władz z Ankary na jego przeprowadzenie oznacza bowiem, że kraj ten znalazł się o krok bliżej wstąpienia do Wspólnoty. Oficjalnym kandydatem do UE Turcja jest od 1999 r., a już w grudniu tego roku mogą zapaść kluczowe decyzje w sprawie przyjęcia kolejnych państw. Decyzja o przeprowadzeniu referendum na Cyprze spotkała się z lekkim entuzjazmem na giełdzie w Stambule. Główny indeks zyskał ok. 1,2%.