Po piątkowym wyskoku można było sądzić, że wchodzimy już w ostatnią, euforyczną fazę wzrostu. Wczorajsza sesja nie była jednak jej kontynuacją, a chętnych do "zgaszenia światła" trzeba szukać ze świecą. Szczególnie wyraźnie widać to na kontraktach, które od ostatnich kilkudziesięciu punktów wzrostu prezentują dość spory sceptycyzm. Wprawdzie ujemnej bazy już nie mamy, ale wyraźnie jakiekolwiek maksy na kontraktach to tylko wymuszone naśladowanie indeksu, a nie wzrost optymizmu na rynku terminowym. Paradoksalnie to bykom sprzyja.
Ja te obawy rynku rozumiem, bo sam mam ich bez liku. Pisałem już jednak w zeszłym tygodniu, że zanim nastąpi załamanie, spowodowane choćby rozczarowaniem brakiem nowego "syndyka" rządu, należałoby jeszcze oczekiwać, że obejrzymy euforię byków na ogromnym obrocie (piątek to za mało). Dopiero taki ruch zdradzi ostatnią fazę hossy. Byłaby to tradycyjna kapitulacja pesymistów na kontraktach, która z reguły objawia się rozciągnięciem bazy powyżej +25-30 pkt, a wszystkiemu towarzyszyłby wyraźny spadek liczby otwartych pozycji.
Oczywiście, nikt nie zagwarantuje, że jesteśmy skazani na taką chwilę byczego raju, bo równie dobrze możemy faktycznie zawrócić na testowanych właśnie marcowych szczytach i postraszyć techników formacją odwrotu. Jednak przy sile piątkowego wzrostu i świetnym zachowaniu rynków zachodnich, bez sygnałów słabości naszego parkietu, obstawianie takiego scenariusza to liczenie głównie na szczęście. Wczoraj takich sygnałów słabości nie było. Choć oczywiście sesja nie zrobiła takiego wrażenia jak piątkowy rajd, to na razie nie ma innej możliwości jak zakładać kontynuację rozpoczętego ruchu. Wątpliwości pojawią się nie wcześniej, jak po pozostawieniu w spokoju marcowych szczytów i zejściu pod 1800 pkt.