Pojęcie "ceny unijne" robi u nas zawrotną karierę. Kilka dni temu w jednym z programów informacyjnych pojawiła się wypowiedź eksperta, który zadał pytanie: "a co to właściwie są te ceny unijne"? I to jest właśnie sedno toczącej się coraz intensywniej dyskusji na temat cen po wejściu Polski do Unii Europejskiej.
Ze wszystkich stron zasypuje się nas opiniami, że po pierwszym maja 2004 roku będziemy musieli dostosować się do cen unijnych, czyli do czegoś, co tak naprawdę w zdecydowanej większości przypadków (żeby nie powiedzieć w prawie wszystkich przypadkach) nie istnieje. Nikt bowiem nikomu w Unii nie mówi, ile ma kosztować dany model samochodu, kilo marchewki albo wizyta u fryzjera. Jedynym wyjątkiem jest nieszczęsny cukier, którego zresztą zaczyna powoli w naszych sklepach brakować.
W krajach UE występują ogromne różnice w cenach wyrobów i usług. Owszem, Komisja Europejska namawia do równania cen, zachęca do łagodzenia dysproporcji, ale w najbliższej przyszłości z całą pewnością nic takiego nie nastąpi. Podobna sytuacja ma zresztą miejsce w przypadku wynagrodzeń. Prawda jest taka, że wciąż jeszcze inna jest cena np. kilograma mięsa w Wielkiej Brytanii, a inna w Hiszpanii (i inaczej będą zarabiać np. mechanicy samochodowi w tych krajach). W takiej sytuacji, do której ceny mielibyśmy równać? Owszem, można wprowadzić pojęcie "średniej ceny unijnej" tyle tylko, że to już zupełnie inna wielkość niż "cena unijna" i wcale nie musi mieć ona wpływu na ceny w naszym kraju. Proces wyrównywania cen będzie miał miejsce, ale zabierze on lata, nie zaś dni czy tygodnie, jak niektórzy nam wmawiają.
Wzrostu niektórych cen, niestety, trzeba się obawiać. Będzie to wynikiem gry rynkowej. Jeśli np., co jest bardzo możliwe, polska żywność stanie się towarem poszukiwanym w Unii, jej ceny wzrosną także w Polsce. To normalny efekt wynikający z wielkości popytu i podaży. Z drugiej strony będą też takie towary, których ceny spadną. Inna sprawa, że niektórzy producenci czy handlowcy mogą chcieć zawyżyć cenę, ale od tego mamy wolny rynek, żeby po prostu ich omijać.
Druga kwestia dotyczy oczywistej na pierwszy rzut oka sprawy, a mianowicie tego, że pierwszego maja wchodzimy do Unii Europejskiej, nie zaś do unii walutowej. Nie przyjmujemy wspólnej waluty, wciąż będziemy płacić w złotych. Nie będzie również, przynajmniej w najbliższym czasie, ograniczenia wahań kursu naszej waluty. I co z tego? Ano to, że ten kurs będzie się zmieniał. Ceny wielu produktów mogą więc rosnąć czy spadać tylko dlatego, że złoty będzie się osłabiał, albo umacniał i nie będzie to miało nic wspólnego z wejściem do UE. W ostatnich trzech latach obserwowaliśmy ogromny wzrost wartości euro do polskiej waluty, który w znacznej mierze był efektem zmian na rynkach międzynarodowych. Wielu producentów wstrzymywało się jednak z wyraźnymi podwyżkami cen, bo po pierwsze Polska była w kryzysie, wzrost cen skutecznie wytłumiłby więc liche pozostałości popytu, po drugie zaś liczono na to, że wzrost euro jest przejściowy. Wejście Polski do Unii będzie dobrym pretekstem, żeby różnice kursowe wyrównać tym bardziej, że wysoki kurs euro wciąż się utrzymuje. Najlepszym przykładem jest tu rynek samochodowy. Wiele firm posługuje się cenami ustalanymi przy kursach euro między 3,80 zł a 4,20 zł, czyli z czasów kiedy np. wprowadzano do sprzedaży w Polsce jakiś nowy model. Dlatego samochody te są tańsze niż w krajach UE (choć podkreślam jeszcze raz, że w różnych krajach Unii są różne ceny). Wzrost cen niektórych samochodów nie tyle wynika więc z wejścia Polski do UE, co ze zmian na rynku eurozłotego.Samo wejście do Unii nie będzie więc miało znaczącego wpływu na wzrost cen w Polsce. Likwidacji ulegną różne cła i opłaty, ale to akurat oznacza, że niektóre ceny będą niższe. Z pewnością jednak znajdą się tacy, którzy fakt akcesji wykorzystają do podwyżek lub wmawiania nam, że oto już trzeba kupować, bo za chwilę będzie o wiele drożej. Na to uważajmy. Nie dajmy się po prostu oszukać i nie rzucajmy się na towary po "jeszcze atrakcyjnych starych cenach". Bo jak wytworzymy dodatkowy popyt, to ceny rzeczywiście pójdą w górę.