Reklama

Poprawia się sytuacja firm chemicznych

Z Wojciechem Lubiewa-Wieleżyńskim, dyrektorem generalnym Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego-Związek Pracodawców, rozmawia Ewa Bałdyga

Publikacja: 20.04.2004 14:50

Jaki był zeszły rok dla branży chemicznej?

Bardzo dobry. Lepszy niż ostatnie lata.

Z czego wynika ta poprawa?

Z wielu rzeczy. Np. w przemyśle nawozów sztucznych mieliśmy po prostu do czynienia ze zwiększeniem popytu na te wyroby, a także wzrostem ich cen. I dlatego mimo wysokiej ceny gazu, podstawowego surowca do produkcji nawozów, rentowność firm nawozowych była w zeszłym roku dość wysoka.

Co się dokładnie zmieniło na rynku nawozów, że sytuacja zakładów je produkujących znacznie się poprawiła?

Reklama
Reklama

Wystąpiły braki tego produktu w Europie.

Dlaczego w Europie zabrakło nawozów?

Rosjanie zaczęli wysyłać amoniak do Stanów Zjednoczonych, bo tam dostali za niego dobrą cenę. Przestała im się więc opłacać produkcja nawozów. W efekcie, m.in. do Polski sprowadzono ze Wschodu znacznie mniej tego produktu niż w poprzednich latach. Poza tym zaczął obowiązywać kontyngent ograniczający dostawy tego produktu z Rosji i Ukrainy. Innym czynnikiem, który spowodował braki na kontynencie, a wpłynął pozytywnie na poprawę sytuacji polskich zakładów, było zamknięcie w Europie czterech dużych fabryk produkujących nawozy.

Dlaczego zamknięto te zakłady?

Ze względu na restrukturyzację wielu firm nawozowych zamyka się zakłady nierentowne.

Czy istnieje zagrożenie, że po wejściu Polski do Unii Europejskiej, również u nas niektóre firmy chemiczne zostaną zamknięte?

Reklama
Reklama

Jeżeli chodzi o produkcję nawozów, to z nią jest trochę tak jak z cementem. Po prostu nie opłaci się tych wyrobów transportować. W Polsce zużycie nawozów będzie co roku rosło. Chociażby z tego powodu, że działalność rolnicza będzie dofinansowana ze środków unijnych. Poza tym liczę na to, że firmy chemiczne będą mogły kupować taniej gaz i wtedy ich produkcja stanie się bardziej rentowna.

O ile gaz powinien być tańszy dla firm chemicznych?

Co najmniej o 25%, bo właśnie o tyle taniej kupują ten surowiec spółki np. niemieckie czy francuskie. A gaz stanowi, w zależności od produktu, od 40% do 70% kosztów. Poza tym na Zachodzie nie ma finansowania skrośnego, tak jak w Polsce. W Niemczech czy we Francji detaliczni odbiorcy płacą za gaz więcej niż odbiorcy przemysłowi.

Przedstawiciele spółek chemicznych od jakiegoś czasu prowadzą rozmowy z Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem na temat obniżki cen gazu. Jakie są efekty tych rozmów?

Z tego co wiem, to na razie nie ma żadnych efektów. A do zrobienia jest dużo. Po pierwsze, zakłady chemiczne mają spore zadłużenie w PGNiG. Jest pomysł zamienienia tych długów na akcje. Nie wiem jeszcze, na ile jest on realny. Po drugie, jak już mówiłem, konieczne jest likwidacja skrośnego finansowania. Po trzecie, potrzebna jest demonopolizacja rynku gazowniczego. Ma ona nastąpić 1 lipca tego roku, po wejściu w życie dyrektywy unijnej, z której wynika, że wszystkie firmy mają jednakowe prawo do korzystania z sieci przesyłowej (zasada TPA). Z tego co wiem, to PGNiG zwrócił się do Komisji Europejskiej o przesunięcie tego terminu. Gdyby jednak KE nie zgodziła się, to w Polsce mogłyby się pojawić inne firmy, które byłyby w stanie zaoferować tańszy gaz dla odbiorców przemysłowych.

Jakie firmy są zainteresowane polskim rynkiem?

Reklama
Reklama

Praktycznie wszystkie spółki gazownicze. Np. Gas de France, Ruhrgas. Te firmy są w stanie zaoferować niższe ceny przesyłu. Bardzo istotna jest tutaj kwestia prywatyzacji PGNiG. Bo jeżeli np. sprzedany zostanie niewielki pakiet akcji, to sytuacja na rynku gazowniczym się nie zmieni. Ale dobra prywatyzacja uporządkuje ten rynek.

Przedstawiciele PGNiG twierdzą, że zarzuty firm chemicznych, jakoby cena surowca była za wysoka, są na wyrost. Spółki powinny przejść głębszą restrukturyzację i poszukać innych możliwości obniżki kosztów.

Z faktami się nie dyskutuje, a ceny gazu dla odbiorców przemysłowych są w Polsce o 30% wyższe niż np. w Niemczech. Oczywiście, część firm jest zarządzana lepiej, inne gorzej. Na pewno źle się stało, że proces ich restrukturyzacji i prywatyzacji był spowolniony. Gdyby wszystko odbyło się na początku lat 90., to obecnie byłyby w zupełnie innej sytuacji.

Czyli już 10 lat temu można było przeprowadzić restrukturyzację państwowych firm chemicznych?

Oczywiście. Te zapóźnienia to wina właściciela, czyli Skarbu Państwa. O tym teraz nikt nie mówi, ale już na początku lat 90. było większe przyzwolenie społeczne na redukcję zatrudnienia, niż to jest obecnie. Więcej było też inwestorów zagranicznych, którzy chcieli inwestować w przemysł chemiczny. Obecny TotalFinaElf chciał kupić rafinerię w Płocku, NorskHydro chciał zainwestować w ZA Tarnów, Anwil. Można podawać wiele przykładów. Prywatyzacja Zakładów Chemicznych Police i ZA Kędzierzyn była całkiem realna w roku 2001, gdy resortem skarbu kierowała Aldona Kamela-Sowińska. Niestety, z tej szansy nie skorzystano. Przez cały czas mam wrażenie, że w Polsce robi się wszystko, żeby zniechęcić zagraniczny kapitał. Obniżenie podatków do 19% nie jest wystarczającą marchewką.

Reklama
Reklama

Czy wstrzymanie prywatyzacji spółek chemicznych było konsekwencją błędów polityków? Po co istnieje Nafta Polska, która w dużym stopniu odpowiada za restrukturyzację i prywatyzację sektora chemicznego? Przedstawiciele firm nawozowych skarżą się, że Nafta przerzuca odpowiedzialność na resort skarbu, a resort na Naftę, i nikt nie podejmuje decyzji.

Niewątpliwie potrzebny jest ktoś, kto będzie prowadził prywatyzację. Jeżeli popatrzymy na dokumenty, to one zawsze były poprawne. Mówię tu o programach rządowych w sprawie restrukturyzacji i prywatyzacji sektora chemicznego.

To czego zabrakło? Dobrej woli?

Po prostu nie było pieniędzy na restrukturyzację. Zadłużenie firm Wielkiej Syntezy Chemicznej sięga 1,5 mld zł. W tej kwocie nie mieszczą się, oczywiście, potrzeby inwestycyjne. Nafta nie została dekapitalizowana i nie mogła właściwie nic zrobić.

A jakich nakładów inwestycyjnych wymaga przemysł chemiczny w Polsce?

Reklama
Reklama

Szacuję je na 6 mld USD. Jeżeli chcemy być konkurencyjni, to są to minimalne nakłady. W Polsce ciągle brakuje surowców petrochemicznych, czyli propylenu, etylenu, etylobenzenu itp. Są to surowce dla dalszej przeróbki w przemyśle chemicznym. Obecnie importujemy zarówno petrochemikalia, jak i gotowe produkty. I niestety, mamy ogromny, ujemny bilans handlowy w chemii.

Ile on wynosi?

Około 6 mld euro rocznie. Udział chemikaliów w deficycie obrotów z zagranicą stale rośnie. W Polsce w dalszym ciągu zużycie chemikaliów jest niskie. Wynosi zaledwie 300 USD na mieszkańca. Szacuję, że w ciągu najbliższych 10 lat wartość zużytych produktów wzrośnie o co najmniej 500 USD. Jeżeli do tego czasu nie zwiększymy produkcji chemicznej w kraju, to nasz deficyt urośnie tak, że może zachwiać finansami kraju.

Jeszcze niedawno przed krajowymi fabrykami produkującymi nawozy ustawiały się kolejki rolników. Ludzie przychodzili już w nocy, żeby kupić towar. Skąd taki wzrost popytu?

Po pierwsze, sezonowość zakupów. Nawozy kupuje się pod koniec zimy. Po drugie, część

Reklama
Reklama

Dokończenie na str. 6

Dokończenie ze str. 5

dealerów chciała zrobić zapasy przed wejściem do Unii Europejskiej. Poza tym, rolnicy mieli większe możliwości zakupów, gdyż wzrosły ceny zbóż i mieli więcej środków na zakup nawozów.

A jakie produkty chemiczne, oprócz nawozów, dobrze się w zeszłym roku sprzedawały?

Różne. Chciałbym podkreślić, że w Polsce nie ma tak naprawdę firm produkujących wyłącznie nawozy. Wszystkie wytwarzają również inne produkty. W przypadku Zakładów Azotowych Tarnów 18% produkcji stanowią nawozy, reszta to tworzywa sztuczne. Zakłady Azotowe Puławy oprócz nawozów wytwarzają też kaprolaktam, związki nadtlenowe i melaminę. Większość produktów chemicznych sprzedawała się dobrze.

Jak Pan ocenia pomysł utworzenia holdingu melaminowo-nawozowego z zakładów w Tarnowie, Puławach i Kędzierzynie i nawozów fosforowych w Policach?

Na pewno "większe" jest "silniejsze". Żadna z polskich firm poza Orlenem nie ma odpowiedniej wielkości sprzedaży. Płocki koncern w porównaniu z zachodnimi koncernami też jest maluszkiem. Stworzenie jednego czy dwóch koncernów nawozowych jest racjonalne m.in. z punktu widzenia obniżki kosztów logistycznych, marketingowych itp.

Czy ewentualna konwersja długów firm chemicznych wobec PGNiG na akcje tych koncernów jest możliwa do przeprowadzenia?

Jest to dobry pomysł. Nie tak dawno PGNiG przeprowadził konwersję długów Anwilu. Został akcjonariuszem włocławskiej spółki, a później sprzedał te akcje Orlenowi, który jest strategicznym inwestorem firmy do dziś.

Z którymi jeszcze firmami chemicznymi Orlen powinien wejść w związki kapitałowe albo w ścisłą współpracę, żeby obie strony miały korzyści?

Przede wszystkim, moim zdaniem, płocka firma nie ma już możliwości rozwoju na rynku paliwowym. Orlen nie jest konkurencyjny cenowo, inne firmy oferują znacznie tańsze paliwo. Np. słowacki Slovnaft. Jedyną szansę rozwoju Orlenu widzę właśnie w części petrochemicznej. Inwestycje np. w Dwory, Tarnów, Kędzierzyn, to odejście naturalne dla płockiego koncernu od kurczącego się rynku paliw. Poprzez takie powiązania powstałby koncern zintegrowany pionowo - czyli od surowca do produktu finalnego. W ten sposób uzyskuje się najwyższą rentowność.

Jakie działania powinny podjąć firmy chemiczne, żeby przyciągnąć inwestorów?

Spółki te pracują na ogromnych terenach, często ich wykorzystanie sięga zaledwie 30%. Powinny więc tworzyć parki przemysłowe i sprzedawać innym przedsiębiorstwom tereny pod przyszłe inwestycje. Poza tym muszą jeszcze przeprowadzić redukcję zatrudnienia.

Co oznacza dla firm chemicznych wejście Polski do Unii Europejskiej?

Przede wszystkim dyskutowany obecnie program REACH, który niesie wiele rewolucyjnych zmian. Np. w związku z koniecznością kosztownej rejestracji substancji chemicznych, nowe receptury np. dla przemysłu kosmetycznego. Obecnie w Parlamencie Europejskim odbywają się spotkania na ten temat. Wiele firm na to po prostu nie stać. Zgodnie ze wstępnymi badaniami przyjęcie zapisów w takim kształcie, jak zostały zaproponowane przez Komisję Europejską w samych tylko Niemczech mogłoby spowodować utratę ok. 2 mln miejsc pracy w sektorze chemicznym.

A w Polsce?

Nie mamy dokładnych wyliczeń. Ale można spodziewać się, że pracę straciłoby ok. 50% osób. Wiele małych i średnich firm mogłoby upaść. Już obecnie koszty rejestracji produktów są w Europie 10 razy wyższe niż w USA, a czas jest trzykrotne dłuższy. Po wejściu w życie programu REACH różnica ta wzrosłaby kilkukrotnie. Jest to szalony brak konkurencyjności europejskiego przemysłu chemicznego. Mam nadzieję jednak, że REACH nie zostanie wdrożony w tak ostrej postaci, jak to jest obecnie proponowane.

Czy są to tylko nadzieje, czy rzeczywiście możemy liczyć na złagodzenie przepisów i obronę krajowego przemysłu chemicznego?

Nasze szanse obrony są realne. Komisja Europejska przy ustalaniu przepisów nie wzięła pod uwagę 10 nowych krajów, które teraz wchodzą do Unii. Przecież my w ciągu 10 lat musieliśmy nadrobić kilkudziesięcioletnie opóźnienia. Teraz dostajemy nowy tor przeszkód.

Co Izba robi, żeby obronić rodzimych producentów przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą REACh?

Lobbujemy w interesach polskich spółek. Mam nadzieję, że będziemy skuteczni.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama