Pewien biznesmen, zarządzający dużym przedsiębiorstwem, poszukiwał niedawno w instytucjach finansowych pieniędzy na zakup akcji jednej z giełdowych spółek (notabene właściciela kierowanej przezeń firmy). Zauważył dziwną prawidłowość: spotkania nie owocowały podpisaniem umów kredytowych, ale przynosiły zwyżkę kursu tejże spółki. Jej notowania - na pewien czas - gwałtownie spadły, bo biznesmen... zmienił biuro maklerskie. Lepiej poinformowani stracili swój największy atut.
Gdyby zrobić sondaż (wszak to bardzo popularna ostatnio zabawa), okazałoby się zapewne, że rozpoznawalność giełdy, niczym zachodnich marek, jest w społeczeństwie coraz wyższa. Jej działalność, rosnące kursy akcji czy ożywienie na rynku pierwotnym nic tu nie mają do rzeczy. To raczej zasługa firm z giełdą mocno kojarzonych. W tym sensie nieocenione - choć w pewnym sensie niedźwiedzie - usługi oddaje parkietowi Orlen, a ściślej ci, którzy opowiadają o nim rozmaite rzeczy. Orlengate zatacza bowiem coraz szersze kręgi.
Nie ma sensu wdawać się w dyskusję na temat stanu zdrowia psychicznego byłego ministra skarbu, który do jej rozpętania się przyczynił. Na mnie nie sprawiał i - bynajmniej - nie sprawia wrażenia wariata. Niebezpiecznie upowszechnia się jednak skłonność do dostrzegania szaleństwa u wszystkich, którzy mówią lub robią dla innych rzeczy niewygodne.
Z rynkowego punktu widzenia ważne jest jednak co innego. Jakiś czas temu były minister skarbu w wypowiedzi dla TV zwrócił uwagę, że podczas dyskusji premiera i kilku ministrów na temat możliwości aresztowania ówczesnego prezesa Orlenu, doszło do naruszenia przepisów giełdowych. Przedmiotem rozmowy były bowiem informacje z giełdowego punktu widzenia poufne.
Z pamięcią byłego ministra jest coraz lepiej, więc wspomniał niedawno o kolejnym spotkaniu, na którym go nie było, ale, jego zdaniem, byli i prezydent, i premier. Tam z kolei rozmawiano ponoć o tak ważnych sprawach, jak skład rady nadzorczej giełdowego - a jakże! - Orlenu.